Polecamy: Telewizja, Teatr, Kino, Książka.
kurtyna w górę
Dwoistość kobiety
Przestawienie „Turandot” w Operze Narodowej w Warszawie trzeba uznać za ze wszech miar znakomite. Tak się dzieje wówczas, gdy do doskonałej realizacji muzycznej dokłada się oryginalna inscenizacja teatralna. Przy produkcji opery Giacoma Pucciniego reżyser Mariusz Treliński świadomie zrezygnował z całej spaghetti-chińszczyzny, którą od lat karmi się publiczność operowa, i przeniósł akcję w wymiar jak najbardziej realnego, choć trudniejszego do zdefiniowania układu kobiety i mężczyzny. Gdy między ludźmi rodzi się prawdziwa miłość, konfrontacja płci nabiera charakteru transcendentnego, wyzwalają się olbrzymie siły emocjonalne, pocałunek zaś jest równie piękny jak śmierć z miłości. Dyrygent Carlo Montanaro przelał osobistą energię w ogromny aparat wykonawców, a późnoromantyczna muzyka zabrzmiała pełnym blaskiem.
Słowo o wykonawcach. Od wielu lat nieobecny na scenie 81-letni tenor Kazimierz Pustelak zjawiskowo wykreował postać starego cesarza, który po wielu nieudanych związkach córki ma wreszcie okazję stać się teściem. W partii Kalafa (słynna aria „Nessun dorma”) wystąpił tenor z Bułgarii Kamen Chanev, księżniczką Turandot była Francesca Patanč, Włoszka o dosyć ostrym, niemiłym głosie, wreszcie do roli Liu zaangażowano Katarzynę Trylnik, która pokazała, co to znaczy archetyp kobiety pokornej. W przedstawieniu pręży też ciało przyjaciółka reżysera Edyta Herbuś, jednak na wielkiej scenie jej postać ginie wśród innych girlasek.
Bronisław Tumiłowicz
Giacomo Puccini, „Turandot”, dyrygent Carlo Montanaro, reżyseria Mariusz Treliński, scenografia Boris Kudliczka, kostiumy Magdalena Musiał, Teatr Wielki-Opera Narodowa, premiera 17 kwietnia 2011
Misterium w operze
Wagnerowski „Parsifal” jest jednym z najbardziej uduchowionych dzieł muzyki romantycznej, nie tylko bowiem opowiada legendę o świętym Graalu, ale robi to w sposób wyrafinowany. W przypadku spektaklu muzycznego, który trwa ponad 5,5 godziny, stwarza to ogromne problemy muzyczne i sceniczne, zwłaszcza w epoce tolerującej jedynie szybką akcję i proste gagi. A jednak Opera Wrocławska podjęła wyzwanie i przygotowała inscenizację, w której na pierwszy plan wybijają się dobry poziom wokalny oraz znakomita oprawa scenograficzna. Wśród śpiewaków doskonale wypadł typowy wagnerowski tenor Michael Baba w roli Parsifala, występujący we Wrocławiu gościnnie, ale świetnie też spisali się partnerujący mu miejscowi soliści – Evgeniya Kuznetsova jako Kundry i Zbigniew Kryczka jako Klingsor.
W tej operze, dosyć statycznej i zbliżonej do religijnego misterium, ogromną rolę odgrywa bardzo dobrze zaprojektowana, wielofunkcyjna scenografia. Na obrotowej i opuszczanej scenie jest ona ciągle w ruchu, a dodatkowo ciekawie oświetlona. I tak dekoracje są jednym z głównych bohaterów przedstawienia. Wielką przyjemność sprawiła też słuchaczom orkiestra Opery Wrocławskiej, w niektórych momentach grająca niemal w natchnieniu. „Parsifal” z Wrocławia staje się kolejną perłą w polskim repertuarze operowym.
Bronisław Tumiłowicz
Ryszard Wagner, „Parsifal”, kierownictwo muzyczne Walter E. Gugerbauer, reżyseria Georg Rootering, dekoracje Lukas Noil, kostiumy Małgorzata Słoniowska, Opera Wrocławska, premiera 16 kwietnia 2011
Sekstet dla wytchnienia
Tytuł tej błahostki, „Sekstet”, mówi wszystko, szóstka bohaterów podczas wyprawy wakacyjnej jachtem wchodzi w rozmaite związki (i te związki niweczy), niby dla zabawy, ale gdzieś tam pod spodem czai się strach przed samotnością. Pod uśmiechami kryją się więc dramaty, komedyjka Michaela Pertwee ukazuje mniej zabawną podszewkę. Prawdziwą ozdobą przedstawienia jest Tadeusz Chudecki, który w popisowej roli nieudacznika z bożej łaski wzbudza szczere salwy śmiechu. Sztuka na leniwy wieczór, solidnie zmajstrowana przez Jerzego Bończaka pod fachowym nadzorem kapitana żeglugi wielkiej Krzysztofa Baranowskiego. Tomasz Miłkowski
Michael Pertwee, „Sekstet”, tłumaczenie Elżbieta Woźniak, reżyseria Jerzy Bończak, scenografia Marek Chowaniec, kostiumy Ewa Hanna Borowik, opracowanie muzyczne Marian Szałkowski, produkcja Teatr Bajka, premiera 18 marca 2011
fabuła w TV
Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia
Kanał filmowy ale kino! z okazji rozpoczęcia MFF w Cannes zaprasza na polską premierę telewizyjną filmu, który narobił sporo zamieszania na ubiegłorocznym festiwalu, zdobywając Złotą Palmę. Przewodniczący jury Tim Burton podczas ceremonii wręczania nagród powiedział: „Takiego filmu jeszcze nie widziałem!”. Nie tylko zresztą on, mamy bowiem do czynienia ze spokojną, kontemplacyjną i niezwykle oryginalną opowieścią o człowieku, któremu ukazują się duchy zmarłej żony i syna – ten pod postacią zwierzęcia. Boonmee w towarzystwie zjaw przypomina sobie poprzednie wcielenia, by wyruszyć w ostatnią mistyczną podróż. Reżyser Apichatpong Weerasethakul, praktykujący buddysta, daje tym samym wyraz swojej głębokiej wierze w wędrówkę dusz pomiędzy ludźmi, roślinami i zwierzętami. „Film opowiada o wierzeniach w rzeczy nie z tego świata, które tak naprawdę są częścią naszego życia. Fascynuje mnie fakt, że im bardziej się starzejemy, tym wyraźniejsze stają się wspomnienia z dzieciństwa. Myślę, że ciekawość (a może też i strach) przed duchami i innym światem pojawiają się, gdy jesteśmy młodzi i kiedy umieramy”, powiedział Weerasethakul w jednym z wywiadów. Przed seansem odbędzie się dyskusja na temat filmu i festiwalu w Cannes. Magda Madej
reż. Apichatpong Weerasethakul,
prod. Tajlandia
ale kino! 12 kwietnia, godz. 20.10
na ekranach
Jaskinia zapomnianych snów
Reż. Werner Herzog, prod. Francja, już w kinach
W 1994 r. speleolog Jean-Marie Chauvet odkrył we Francji jaskinię z malowidłami sprzed tysięcy lat. Znalezisko to ma okazję oglądać i badać jedynie wąska grupa naukowców, ale udało się do niej dotrzeć, po wielu staraniach, także – i wyłącznie – Wernerowi Herzogowi z okrojoną ekipą filmową. Tak powstał trójwymiarowy esej o pradziejach kultury. To jedyna okazja obejrzenia jaskini Chauvet, zupełnie wyjątkowa, bo Herzog potrafi wywołać podniosły nastrój (podobny do tego, który towarzyszy przy oglądaniu scen nurkowania pod lodowcem w „Spotkaniach na krańcach świata”). W jaskini stalaktytowe i stalagmitowe rzeźby będące dziełem natury sąsiadują z tworami człowieka: wizerunkami zwierząt, ale też ludzi, a także zupełnie niesamowitym „podpisem” pierwotnego artysty, który wielokrotnie na skale odbił swoją dłoń. Wycieczka po jaskini opatrzona jest oczywiście komentarzem reżyserskim – jak zwykle u Herzoga ze szczególnym poczuciem humoru i wywodami sięgającymi daleko poza ramy badań naukowych. Herzogowi udaje się stworzyć nie tak oczywiste w przypadku filmu dokumentalnego wrażenie uczestniczenia w czymś absolutnie niezwykłym – i tak w istocie jest. Agata Gogołkiewicz
Bejbis
Reż. David Ross, prod. USA, w kinach od 13 maja
Były polskie „Galerianki”, były francuskie „Studentki”, przyszedł czas na amerykańskie „Bejbis”. Jest ich kilka, mieszkają w małym miasteczku, mają po 17 lat, są tuż przed egzaminami kończącymi szkołę i jak to zwykle nastolatki – potrzebują pieniędzy, zwłaszcza na kosztowne studia. Można na nie zbierać, pracując jako opiekunka do dziecka, ale są znacznie szybsze sposoby… Shirley o niewinnej buzi dobrej uczennicy zaczyna romansować z ojcem swojego podopiecznego. Gdy ten zostawia dziewczynie pieniądze raz, potem drugi, okazuje się, że to świetny interes. Shirley wciąga w niego kolejne przyjaciółki, tworząc regularną agencję, z wizytówkami, papierem firmowym i grafikiem spotkań poszczególnych nastolatek, od których zresztą pobiera sporą prowizję. Z ich towarzystwa korzystają szacowni ojcowie rodzin i wszystko wygląda świetnie, ale erotyczny biznes zaczyna wymykać się spod kontroli, a skutki będą opłakane. Smutne dojrzewanie, samotność i zagubienie, dorosłość, jakiej żaden rodzic nie chciałby dla swojego dziecka – w filmie Rossa praktycznie nie uświadczymy wulgarności rozbuchanych nastolatek, bo mamy do czynienia ze skromnymi uczennicami z porządnych domów. Ale uderzająca jest przede wszystkim łatwość, z jaką wchodzą w nową rolę i wyrachowanie. Pouczające, ale bez kuszącego w takich sytuacjach dydaktyzmu. Agata Gogołkiewicz
między okładkami
Blandine Le Callet
Tort weselny
tłum. Bożena Sęk
Sonia Draga, Katowice 2011
Zanosi się na piękną katastrofę. Pauline, dziewczynka ze ślubnego orszaku, odkryje hipokryzję dorosłych. Siostra panny młodej i siostra pana młodego wykorzystają zaaranżowany dla nich stół singli w sposób nieco odbiegający od zamierzonego. Ksiądz ogarnięty wątpliwościami co do sensu swojej posługi nie oprze się pokusie zepsucia młodej parze ceremonii, której głównym celem jest atrakcyjność wizualna. Nie ma się co łudzić, jego malowniczy kościółek został potraktowany tak jak inne akcesoria: suknia, stroje małych drużbów ze specjalnego sklepu, samochód, tort itd. Wszystko ma być idealne i tak też wyglądać na zdjęciach. Owszem, mogłoby to zostać podane w czysto komediowym tonie, ale nie jest. I bardzo dobrze. Autorka potrafi zaskoczyć i poprowadzić opowieść o wyższych sferach na manowcach snobizmu w innym kierunku niż np. znokautowanie pana młodego przed ołtarzem. Ten jeden dzień, którego nic nie powinno było zmącić, oglądamy z perspektywy różnych postaci, w tym głównych bohaterów, dzięki czemu przybywa szczegółów, obraz nabiera głębi – a życzenia wszystkiego najgorszego na nowej drodze życia, które już składało się w duchu perfekcjonistce Berengere, przyjdzie chyba wycofać...
Kolejne pozycje ze współczesnej literatury francuskiej wydawane w charakterystycznej, należycie książkowej, płóciennej oprawie składają się na ciekawą, wartą śledzenia serię. Aleksandra Pańko
Mirosław Gabryś
Zwłoki monterów idą w miasto
Wydawnictwo Literackie,
Kraków 2011
Mirosław Gabryś zbiorem wierszy debiutował jeszcze w latach 90. Niedawno porzucił poezję na rzecz prozy. W zeszłym roku ukazał się jego quasi-dziennik, zapis doświadczeń z islandzkiej emigracji, a teraz możemy przeczytać pełnoprawny debiut prozatorski.
Zimny, Martwy i Czarny są niczym trzej muszkieterowie. Zawsze razem. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Do czasu, bo nawet muszkieterowie musieli kiedyś stanąć po przeciwnych stronach barykady. Swój czas mitrężą na „monterce” – imprezowaniu. To nie historia o chłopcach z korporacji, którzy przez cały tydzień pracują na rzecz weekendowej alkoholizacji. Tu mamy do czynienia z prowincją, tu żyje się inaczej. Nie trzeba pracować, żeby pić. „Wódka, wino, piwo. Wino, wódka, piwo. Piwo, wódka, wino. Ojciec, Syn, Duch Święty. Trzy podstawowe kolory świata. Złoty, czerwony i bezbarwny. Piwo, wino i wódka. Reszta to pochodne”. Są jeszcze dziewczyny z dobrych domów, które za kasę taty chętnie postawią browara.
„Zwłoki monterów...” wpisują się w popularną tematykę powieści pokoleniowych. Roczniki 70. z pewnością odnajdą tu bliskie sobie zdarzenia, tematy i doświadczenia. Gabryś akcje umieścił w Piczynie – miasteczku na granicy polsko-czeskiej, ale uważni czytelnicy odkryją w nim Cieszyn, tamtejsze knajpy i ulice. Można to czytać jako powieść z kluczem lub opowieść o nigdy niedorastających chłopcach. Ale czy d'Artagnan kiedykolwiek dorósł? Łukasz Grzesiczak
Odpowiedz