Polecamy: telewizja, teatr, kino, książka, muzyka.
kurtyna w górę
Witkacy – jedyne wyjście
Aktor i reżyser Marcin Kuźmiński wystawił mało znaną i do tego niedokończoną powieść Stanisława Ignacego Witkiewicza „Jedyne wyjście”, opublikowaną dopiero w 1968 r., która nigdy wcześniej nie trafiła na deski teatru. Z bardzo trudnego, niescenicznego tekstu Kuźmiński zrobił spektakl urzekający mądrością oraz pięknym Witkiewiczowskim językiem i pokazał problemy, które doprowadziły pisarza do samobójstwa we wrześniu 1939 r.
W tej ostatniej powieści, będącej testamentem autora, świat to jedno wielkie piekło niespełnionego filozofa, malarza, kochanka, męża, człowieka pokłóconego z przyjaciółmi, rozdartego wewnętrznie. Rozdwojenie egzystencjonalne Witkacego, zatracenie granic między filozofią i sztuką a prozą życia jest tu pokazane nawet mocniej niż w „Pożegnaniu jesieni” czy „Nienasyceniu”.
Nie byłoby sztuki o Witkacym bez tego, w czym szukał on uspokojenia duszy, a więc bez narkotyków, alkoholu i seksu. To też musiało się znaleźć w krakowskim przedstawieniu, ale zostało pokazane inteligentnie i protestów pod teatrem być nie powinno.
Leszek Konarski
Stanisław Ignacy Witkiewicz, „Jedyne wyjście”, reżyseria Marcin Kuźmiński, choreografia Tomasz Wesołowski, scenografia Milena Dutkowska, muzyka Bartosz Chajdecki, Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie, premiera 11 listopada 2011
Trzy kobiety na placówce
Trzy nie najmłodsze kobiety, mieszkające w rodzinnym domku, nękane włamaniami, obezwładniają napastnika i wtedy zaczyna się kłopot, bo nie wiedzą, co zrobić z pojmanym. Taki jest punkt wyjścia gorzko-zabawnej opowieści o siostrach Eryńskich (nazwisko znaczące), córce jednej z nich i napastniku. Potoczysty dialog, wyraziste portrety samotnych kobiet: byłej funkcjonariuszki służb PRL (Teresa Lipowska w konwencji żołnierki), kobiety kochliwej (Ewa Szykulska w konwencji erotomanki), zahukanej i zagubionej w świecie ślamazary (Barbara Bursztynowicz w konwencji słodkiej niedojdy), córki (Dorota Naruszewicz w konwencji zapracowanej yuppie) i zakładnika (Michał Kruk), inteligentny dowcip i odrobina społeczno-obyczajowej przymieszki dają komedię dobrze skrojoną, bez aspiracji do wielkich syntez. Marcin Szczygielski po raz kolejny dowodzi, że włada dramatopisarskim rzemiosłem i wyrasta na pierwszego dostawcę współczesnej komedii obyczajowej.
Tomasz Miłkowski
Marcin Szczygielski, „Furie”, reżyseria Tomasz Dutkiewicz, kostiumy Małgorzata Bursztynowicz, scenografia Wojciech Stefaniak, Teatr Komedia w Warszawie, premiera 4 listopada 2011
Dziadku, drogi dziadku
Premiera nowej inscenizacji baletu „Dziadek do orzechów” Piotra Czajkowskiego ma zapewnione powodzenie u publiczności, bo kulturalni rodzice uważają tę pozycję repertuaru za strawną dla dzieci od trzech lat wzwyż. Sceny świąteczne, ślizgawka, prezenty, Mikołaj, psoty i figle dziecięce, a także wspaniałe bitwy z myszami, które potem się śnią w nocy – wszystko to można zobaczyć w tańcu do pięknych melodii. Trzeba przyznać, że holenderscy twórcy warszawskiego przedstawienia popisali się wyobraźnią, skonstruowali też kilka ciekawych zabawek, które z pewnością spodobają się dzieciom. Ale do czasu. W pierwszej części bowiem role małego Jasia i małej Klary tańczą dzieci, uczniowie szkoły baletowej: Bartosz Białowąs i Lena Obłuska. Ale po przerwie zostają oni podmienieni przez dorosłych solistów, Pawła Koncewoja i Aleksandrę Liashenko, i zaczyna trochę wiać nudą. Tylko Książę w wykonaniu niezawodnego Maksima Wojtiula nie ma wersji mini. Przedstawienie z uroczej opowieści zmienia się jednak w konwencjonalny balet. Czyżby zabrakło pomysłów?
Bronisław Tumiłowicz
Piotr Czajkowski, „Dziadek do orzechów i król myszy”, choreografia, scenografia, kostiumy Toer van Schayk, choreografia Wayne Eagling, dyrygent Evgeny Volynsky, Teatr Wielki-Polski Balet Narodowy w Warszawie,
premiera 25 listopada 2011
między okładkami
Tomaš Zmeškal
List miłosny
pismem klinowym
tłum. Dorota Dobrew
W.A.B., Warszawa 2011
Przed trzema laty Tomaš Zmeškal, syn Czeszki i Kongijczyka, wdarł się na listę najpopularniejszych czeskich pisarzy. Jego debiutancka powieść „List miłosny pismem klinowym” przez krytykę i czytelników została przyjęta jako próba rozliczenia się z tragiczną historią Czechosłowacji XX w. Zmeškal – absolwent anglistyki w Londynie, wykładowca Uniwersytetu Karola w Pradze, tłumacz, od niedawna nazywa się zawodowym pisarzem, a czytelnicy popularnych „Lidovek” uznali „List…” za drugą najważniejszą czeską książkę 2009 r. Nic więc dziwnego, że była ona jedną z najbardziej wyczekiwanych pozycji przez polskich fanów literatury czeskiej. Warto było czekać, pewnie także za sprawą świetnej roboty translatorskiej.
„List…” to prawdziwe mięso literatury, które od zawsze budują wielkie tematy: miłość, zdrada, wojna i historia. Wykorzystana przez Zmeškala narracja współgra z portretem tragicznych czasów, w których jednostka musi polec w konfrontacji z irracjonalnością dziejów. Powieść – w mojej ocenie – przypomina choćby niedawno wydaną po polsku „Strefę cyrkową” Jachyma Topola i nagradzane „Przypadki inżyniera ludzkich dusz” Josefa Škvoreckiego. Bliskie jest Zmeškalowi to obecne u wspomnianych pisarzy osadzenie bohaterów w środku niezrozumiałej machiny historii. Protestuję jednak przed porównywaniem tej książki do prozy Hrabala, nie tylko dlatego, że autora „Listów do Kwiecieńki” zwyczajnie nie znoszę. Zmeškal – może dzięki dwujęzyczności, w której się wychował – daleki jest od tej czeskiej, piwnej narracji, knedlików i meczów Slavii Praga (jeśli dobrze policzyłem, w całkiem długim „Liście miłosnym pismem klinowym” bohaterzy tylko raz, powtarzam – raz!, piją piwo). Zmeškal napisał książkę pasjonującą, zajmującą, absolutnie wybitną i mocno osadzoną w czeskiej kulturze. Czytelnik uważny smaczków znajdzie pewnie dziesiątki. Choćby polemikę z Milanem Kunderą: „To nie historia ani polityka, ani filozofia dzieli Europę na wschodnią i zachodnią. Wszystko jest o wiele prostsze: chodzi o to, jaka jest gdzie zima. Między Londynem a Pragą była niemal dwudziestostopniowa różnica”.
Łukasz Grzesiczak
dokument w tv
Miliard szczęśliwych ludzi
Reż. Maciej Bochniak, prod. Polska
HBO, 11 grudnia, godz. 21.55
W 2010 r. wszystkie media obiegła wiadomość, że zespół Bayer Full ma kontrakt z chińską wytwórnią na 67 mln płyt i przygotowuje się do trasy koncertowej. W poczytnej prasie codziennej pojawiły się nawet teksty discopolowych szlagierów, takich jak „Majteczki w kropeczki”, po chińsku, oczywiście w zapisie fonetycznym, w sam raz do domowego śpiewania. Co było dalej? No właśnie… Sprawa ucichła, jakby się rozpłynęła, media przestały o niej mówić. Maciej Bochniak w debiutanckim pełnometrażowym dokumencie przedstawia kulisy kontraktu stulecia, pokazuje przygotowania zespołu do podboju chińskiej publiczności i to, co z tego podboju wyszło. Jest i zabawnie, i refleksyjnie. Jak zawsze w zderzeniu dwóch kultur, różnych podejść do biznesu i organizacji, a przede wszystkim dwóch osobowości, czyli lidera Bayer Full Sławomira Świerzyńskiego oraz Krzysztofa Darewicza, sinologa i dziennikarza od lat mieszkającego w Chinach, zafascynowanego tym krajem, człowieka, który wpadł na pomysł wprowadzenia Polaków na chiński rynek muzyczny. Jest w tym wszystkim mnóstwo entuzjazmu, brakuje zaś trochę realistycznej oceny sytuacji, dlatego sprawa ma taki, a nie inny finał, i pewnie dlatego jest tak wdzięcznym materiałem na film, co realizatorzy wykorzystali, tworząc dokument solidny i oryginalny. Bayer Full nadal robi karierę krajową, przygotowany na chińskie tournée materiał z powodzeniem śpiewa na lokalnych imprezach, a piosenka „Polak i Chińczyk to jedna rodzina” święci triumfy wśród chińskich emigrantów. Teraz szanse na karierę zagraniczną ma dokument, który, miejmy nadzieję, zobaczy nie tylko polska publiczność. Dodam tylko, że dawno na pokazie kinowym dokumentu nie słyszałam tak żywej, spontanicznej i życzliwej reakcji publiczności.
Agata Gogołkiewicz
Odpowiedz