Kobiety z kopalni

Górnicy nie lubią kobiet zjeżdżających na dół. Uważają, że są zbyt delikatne, a praca jest dla nich zbyt ciężka i brudna. Mimo tej opinii kobiety na kopalniach radzą sobie coraz lepiej. Pracują na powierzchni i na dole, coraz częściej na ważnych stanowiskach. Mają nawet związek zawodowy. Aleksandra Nielaba to obecnie jedyna kobieta w kopalni Rydułtowy-Anna, której praca wymaga regularnych zjazdów na dół. Jest geologiem i 10 razy w miesiącu musi się udać w różne rejony kopalni, aby zbadać teren, zagrożenia i zmiany górotworu. – Nie boję się zjazdów w zamkniętej klatce, nie pracuję też z myślą, że coś może mi się stać. Może – tak jak każdemu górnikowi na dole – mówi.

Pracują na powierzchni i na dole,
coraz częściej na ważnych stanowiskach.
Mają nawet związek zawodowy

Górniczki na stanowiskach
Joanna Strzelec-Łobodzińska, z wykształcenia prawniczka, jest prezesem Kompanii Węglowej w Katowicach od ubiegłego roku. W karierze zawodowej była związana z firmami energetycznymi, a od 20 października 2008 r. do 23 maja 2011 r. zajmowała stanowisko podsekretarza stanu w Ministerstwie Gospodarki i jako pierwsza w historii kobieta na tak wysokim stanowisku była odpowiedzialna za sprawy górnictwa. Obecnie kieruje największą firmą górniczą w Europie, o rocznej zdolności wydobywczej ok. 40 mln ton, zatrudniającą ok. 60 tys. osób.
Po raz pierwszy w 90-letniej historii nadzoru górniczego szefem policjantów górniczych w rozległym rejonie jest kobieta. Na stanowisko dyrektora Okręgowego Urzędu Górniczego w Kielcach 28 maja 2011 r. została powołana Marzena Rabiasz. Kieruje nadzorem zakładów górniczych w zagłębiu węgla brunatnego oraz kruszyw. W tym rejonie w ostatnich miesiącach ujawnianych jest najwięcej nielegalnych eksploatacji kopalin. To trzecia kobieta na stanowisku decyzyjnym w nadzorze górniczym.
W tym roku prezes WUG zdecydował, że zastępcą dyrektora OUG we Wrocławiu została Miranda Ptak, której pasją jest ekologia – jest znana m.in. z publikacji dotyczących programu „Natura 2000”. W Warszawie podobne stanowisko zajmuje Lidia Król, geolog, która jest zastępcą dyrektora stołecznego OUG od czterech lat, a przez kilka miesięcy kierowała tym okręgiem jako pełniąca obowiązki dyrektor.
– Decyzja o powierzaniu kobietom wysokich stanowisk w nadzorze górniczym była trudna, ponieważ wymagała zmiany przyzwyczajeń i odstępstwa od wielowiekowej tradycji. Kobieta w kopalni do dziś wzbudza sensację, a stanowiska były zarezerwowane dla mężczyzn, zdarzały się sporadyczne odstępstwa od tej niepisanej reguły, gdy kobiety pracowały w kopalnianej służbie geologicznej lub kierowały pionami kadr albo spraw pracowniczych w zakładach górniczych – przyznaje prezes WUG Piotr Litwa. – Gdy zaczęły się ubytki kadrowe, odejścia na emeryturę, zdecydowałem, że nic nie stoi na przeszkodzie, by awansować kobiety na najwyższe stanowiska w okręgowych urzędach górniczych. Łączą wiele cech potrzebnych na stanowiskach kierowniczych. Są doskonale przygotowane zawodowo, mają doświadczenie i wysokie wykształcenie, ale też odpowiednie cechy charakteru. Dyrektorzy okręgów często muszą rozwiązywać konflikty, decydować o nakładaniu kar, mierzyć się z licznymi frustracjami. Do mianowanych przeze mnie pań mam pełne zaufanie, doceniam ich profesjonalizm, pracowitość, dokładność i odporność psychiczną.



Górnicy nie lubią kobiet zjeżdżających na dół. Uważają, że są zbyt delikatne, a praca jest dla nich zbyt ciężka i brudna. Nie zawsze tak było. Emerytowani górnicy, którzy zaczynali drogę zawodową w latach 50., pamiętają jeszcze kobiety zatrudnione na dole.
Najwięcej pań pracuje na powierzchni: w administracji i księgowości, w sortowniach węgla (bardzo trudne warunki), w lampowniach – tu są narażone na trujące opary, oraz w laboratoriach.

Mama w wyrobisku

Aleksandra Nielaba to obecnie jedyna kobieta w kopalni Rydułtowy-Anna, której praca wymaga regularnych zjazdów na dół. Jest geologiem i 10 razy w miesiącu musi się udać w różne rejony kopalni, aby zbadać teren, zagrożenia i zmiany górotworu. A zagrożenia są duże – Rydułtowy-Anna jest szczególnie narażona na wstrząsy i tąpnięcia, których nie sposób dokładnie przewidzieć, mniej więcej dwa razy w roku dochodzi do bardzo poważnych  tąpnięć. W 2010 r. kopalnia została uznana za najniebezpieczniejszą w Polsce. Zginęło wówczas aż trzech górników. Komisje powypadkowe na ogół stwierdzały, że tragedie nie wynikają z błędów człowieka, ale są skutkiem sił natury.
– 12 lat temu ukończyłam Wydział Górnictwa i Geologii na Politechnice Śląskiej. Studiowało kilka dziewczyn, ale z tego, co wiem, żadna nie pracuje w kopalni – mówi Aleksandra. Jest niezwykle piękną kobietą, promieniuje spokojem i serdecznością, chociaż życie nie szczędziło jej stresów.
– Moja praca polega na badaniu cech złoża i parametrów pokładu, na śledzeniu dopływów wodnych do wyrobiska. Nazywa się to opróbowywaniem złoża.
W uniformie górniczym, z kaskiem, czołówką i transponderem zjeżdża na dół, dochodzi do określonego punktu, dokonuje pomiarów. Potem nanosi to wszystko na mapy cyfrowe i aktualizuje je. Sporządza też dokumentację potrzebną do drążenia nowego przodka, określa zagrożenia, jakie mogą wystąpić, spodziewane uskoki. Kilka lat zajmowała się hydrologią – profilaktyką wodną. Jej praca jest bardzo ważna, bo pozwala przewidywać pewne zjawiska zachodzące w górotworze.
– Parę razy zdarzyło się, że w miejscu, w którym byłam, nastąpiło odprężenie. Posypało się trochę kamieni, ale najbardziej przejmujący był huk. Nigdy nie wiadomo, co zapowiada, czy tylko odprężenie, które nie jest groźne, czy tąpnięcie. Kiedyś przez tydzień badałam jedno miejsce, a dzień później nastąpiło tam tąpnięcie i zginął górnik. Nie boję się zjazdów w zamkniętej klatce, nie pracuję też z myślą, że coś może mi się stać. Może – tak jak każdemu górnikowi na dole. Byłam na poziomach poniżej 1,2 tys. m. Najbardziej dokucza mi na dole zapylenie i gorąco – dodaje.
Pochodzi z rodziny z tradycjami górniczymi. Dziadek był górnikiem strzałowym. Ojciec pracował w kopalni kilka lat, mama całe życie była księgową. Aleksandrę zafascynowała geologia. Lubi swoją pracę. Gdy zaczynała, była jedyną kobietą geologiem w zespole. Dyrektor początkowo nie chciał słyszeć o tym, że będzie zjeżdżała na dół. Pracowała zatem na pomiarach wykonywanych przez innych. W końcu uległ (również pod naciskiem związku zawodowego kobiet) i przyzwyczaił się do tego, że w chodnikach regularnie pojawia się kobieta. Przyzwyczaili się również górnicy. Wydzielono dla niej nawet specjalną szatnię w pomieszczeniach do przebierania się dozoru wyższego i gości. Łatwiej więc było drugiej kobiecie geologowi, którą zatrudniono kilka lat później – teraz jest na zwolnieniu związanym z ciążą.
– W czasie pracy w kopalni urodziłam dwoje dzieci. Jakub ma sześć lat i jest pierwszoklasistą, Oliwia pięć i chodzi do przedszkola. Zaraz po macierzyńskim wracałam do pracy. Oczywiście będąc w ciąży, nie zjeżdżałam na dół – przyznaje Aleksandra.
Wstaje o 4.15. Przygotowuje śniadania dzieciom i sobie, szykuje się do pracy. Od ponad roku mieszka tylko z dziećmi, kilkanaście dni temu otrzymała orzeczenie rozwodu. Jednak były mąż pomaga i włącza się w codzienny rytm dnia. Jest szefem kuchni w restauracji, toteż nie musi wychodzić tak wcześnie do pracy. Przyjeżdża po piątej, aby dopilnować dzieci i aby ona mogła wyjść o 5.30. Od niedawna mieszka 12 km od Rydułtów, więc dojazd do pracy zajmuje jej trochę czasu. Dzieci odbiera w drodze powrotnej, czasami wyręczają ją teść lub mama.
Lubi jeździć na rowerze i na nartach. Z dziećmi często chodzi na basen. Uwielbia gotować. Od byłego męża nauczyła się różnych kuchennych trików. Gdy nosiła pod sercem dziecko, gotował jej specjalne potrawy dla kobiet ciężarnych, bogate w białko i witaminy. Niektóre, jak zupa szpinakowa czy gulasz z wątróbek, nie bardzo jej smakowały, ale jadła, bo wzruszała ją taka opiekuńczość. Teraz szuka w gazetach lub w internecie nowych, ciekawych przepisów, zwłaszcza na wypieki domowe, i eksperymentuje przy piecu. To jej sposób na stres. Odpręża się też przy lekturze, lubi biografie, książki historyczne i kryminały. Ale jej prawdziwym hobby jest urządzanie wnętrz. Przez kilka lat budowali dom. Zaprojektowała jego wewnętrzny podział i ogród. Od niedawna w nim mieszka i nieustannie go urządza. Kupuje czasopisma pokazujące nowe trendy, ale zachowuje własny styl. Fascynuje ją Toskania, Hiszpania i klimaty południa Europy. Dachówkę wybrała podobną do tej, którą stosuje się przy budowie toskańskich domów.
– Trochę mało sypiam, bo dzieci są coraz większe i nie chcą się kłaść do łóżka zbyt wcześnie. Staram się kilka razy w tygodniu wykroić wieczorem trochę czasu na jogę, praktykowałam ją na studiach, teraz chcę utrzymać formę. Zasypiam około godz. 22, ale jeśli mam ciekawą książkę albo dzieci marudzą, to mogę się położyć dopiero koło północy. Jednak mój organizm już się przyzwyczaił do wczesnego wstawania i nie mam z tym problemu.

W białym kitlu

Kornelia Kiermaszek do pracy w górnictwie trafiła po pierwszym rozwodzie. Została sama z niespełna dwuletnim synkiem. Gdy wychodziła za mąż, rodziny jej i męża odpowiadały typowemu śląskiemu modelowi. Większość mężczyzn była związana z kopalnią – ojciec, wujkowie, kuzyni, potem brat. Po czterech latach urodziło się dziecko i mąż całkowicie się zmienił. Był piłkarzem klubu górniczego, a wtedy akurat przestał grać. Zaglądał do kieliszka, był nieprzyjemny. To mama zmotywowała ją, aby wzięła sprawy w swoje ręce, odeszła i poszukała pracy.
– I tak się stało. Skończyłam zawodową szkołę ogrodniczą, ale w tej branży nie umiałam znaleźć zajęcia. Zaczęłam szukać pracy w kopalni. Przyjęto mnie do straży przemysłowej w Annie w Pszowie, do biura przepustek. W straży było niewiele kobiet, na 160 osób może z 15. Pracowałam tam 15 lat, do zlikwidowania straży i powierzenia jej obowiązków firmom zewnętrznym. Przeniesiono mnie oficjalnie do centrali telefonicznej, ale faktycznie pracowałam w dziale mierniczym, obsługując ksero, kopiując mapy i dokumenty, czasami pomagałam kreślarkom. Po sześciu latach znów zlikwidowano dział i groziło mi bezrobocie. Okazało się jednak, że potrzebują kogoś do laboratorium i przez półtora roku pracowałam w Pszowie. Gdy likwidowano kopalnię, jako pierwsza zostałam przeniesiona do laboratorium w Rydułtowach i mam nadzieję, że już więcej nie będę musiała zmieniać stanowiska. Moja obecna praca jest bardzo ciekawa, lubię ją. Niedługo będę obchodziła 27. rok pracy w kopalni.
Pani Kornelia jest laborantką, zatrudnioną w dziale przygotowania próbek węglowych, gdzie bada się jakość węgla. Z dostarczanych codziennie skał węglowych przygotowuje się stugramowe próbki wyważane na specjalnych wagach. Potem są mielone na pył, który poddaje się obróbce termicznej, aby zbadać kaloryczność węgla, czas spalania, skład gazowy, wilgotność i inne potrzebne parametry w celu określenia prób: handlowych, technologicznych i pokładowych. Praca odbywa się na trzy zmiany, na jednej zmianie pracuje pięć osób. To jeden z nielicznych działów, gdzie dominuje personel kobiecy. Panie pracują – jak to w laboratorium – w białych fartuchach.
– Najbardziej lubię nocną zmianę, wtedy jest najspokojniej – wyznaje pani Kornelia. – Praca trwa od godz. 22 do 6 rano. Na nocki jeżdżę z koleżanką samochodem. Na inne zmiany z mężem. On pracuje w magazynach, ale tylko na dwie zmiany. Zawsze tak je ustawia, abyśmy mogli jeździć razem, tylko na nocki zabieram się ze znajomą. Gdy jeździmy na szóstą, wstajemy przed piątą, ja zazwyczaj dłużej się szykuję, więc mąż jest tak dobry, że przygotowuje dla nas śniadanie. Kiedy wracamy, razem gotujemy obiad. Latem chodzimy na działkę, hoduję tam kwiaty, nic więcej, bo jak kiedyś próbowałam, to nic nie rosło, jak powinno. Praca zmianowa powodowała, że to, co zrobiłam w jednym tygodniu, zarastało chwastami w następnym. Teraz wykorzystuję swoją wiedzę w hodowli kwiatów, robię sama kompozycje na różne uroczystości albo do domu. Lubię się tym zajmować.
Pani Kornelia promienieje szczęściem. Synowie są dorośli, ma dwie wnuczki: pięcioletnią Oliwię i trzyletnią Zuzię. Cała rodzina mieszka blisko, więc często się odwiedzają, a starsza wnuczka uwielbia babcię i jeśli tylko może, zostaje u niej.
– Życie mnie nie oszczędzało. Przeszłam dwa trudne małżeństwa. Z drugim mężem, kierowcą w kopalni, byłam prawie 10 lat. Też często zaglądał do kieliszka, a wtedy robił w domu piekło. Po rozwodzie ustatkował się, założył nową rodzinę, może dojrzał. Jednak teraz mam prezent od losu. Mój mąż Gienek jest bardzo dobrym człowiekiem. Zawsze mu się podobałam, znaliśmy się jeszcze z pracy w straży przemysłowej. Jednak długo się wahałam, byłam samotną matką z dwójką synów, bardzo zranioną przez poprzednie związki. W końcu dwa lata temu pobraliśmy się i jestem bardzo szczęśliwa. Robimy razem wiele wspaniałych rzeczy, podróżujemy, chodzimy na tańce i lubimy swoje towarzystwo. Wnuczki uwielbiają dziadka Gienka. Uważam, że kobiety powinny walczyć o siebie, nie poddawać się mężom tyranom i toksycznym związkom, nie bać się wyplątać z takiego układu, bo zawsze jest ktoś, kto pomoże, jest szczęście, które na nas czeka. Mnie najbardziej pomogła w życiu mama, wiele jej zawdzięczam.

Jedyny taki w Europie

Obie panie – Aleksandra i Kornelia – są członkiniami Związku Zawodowego Kobiet w Górnictwie, powstałego w KWK „Anna” w 2005 r. Po likwidacji Anny związek dostał siedzibę w KWK „Rydułtowy-Anna”. Od samego początku działalności narobił wiele szumu. Pokazał, że w zawodzie zdominowanym przez mężczyzn pracuje wiele kobiet, często na trudnych stanowiskach. Walczono o godniejsze warunki pracy dla pań w sortowniach i lampowniach, o podwyżki, o równe traktowanie przy podziale premii.
– Przez wiele lat byłam jedyną kobietą biorącą udział w naradach związkowców z dyrekcją kopalni. Długo miałam wrażenie, że jestem niemile widziana. Od około trzech lat jest jeszcze jedna przewodnicząca – związku płuczkarzy. Ale do niego należą zarówno kobiety, jak i mężczyźni. My jesteśmy jedynym związkiem, w którym są same kobiety, a przewodniczący, czyli ja, nie jest oddelegowany i opłacany z pieniędzy związkowych, tylko pracuje na swoim stanowisku, często poświęcając na pracę w związku prywatny czas – mówi Bogusława Staszewska. – Do związku należy obecnie
60 kobiet. Było nas znacznie więcej, ale po redukcjach i przeniesieniach do innych zakładów ta liczba się zmniejszyła. Pracownice innych kopalń także chciały zakładać swoje związki, ale to dosyć trudne przedsięwzięcie. Wymaga determinacji i twardości charakteru, bo nieraz trzeba się przeciwstawić dużej grupie mężczyzn mających odmienne zdanie na temat miejsca kobiet w górnictwie.
– Związek na zasadach naszej filii działa w KWK „Pokój” w Zabrzu-Bielszowicach, doradzałyśmy też kobietom z innych kopalń, ale nie możemy rozszerzyć formuły związku na ogólny, branżowy, bo każda kopalnia ma swoją specyfikę, swoje uwarunkowania – dodaje Dorota Soszówka, pomysłodawczyni i współinicjatorka związku (dodajmy – jedynego związku górniczek w Europie). – Nie ograniczamy działalności tylko do terenu zakładu i godzin pracy. W teatrze życia kobieta gra wiele ról i one się przenikają. Kobieta, wchodząc w rolę pracobiorcy, często jest równocześnie matką, opiekunką, a nawet jedynym żywicielem rodziny, o czym bardzo niechętnie się wspomina. Związek Zawodowy Kobiet w Górnictwie poprzez swoją aktywność rzucił rękawicę stereotypom i stał się kroplą, która drąży skałę, zmieniając rzeczywistość. Czynnie uczestniczymy w życiu społecznym, współpracując z organizacjami pozarządowymi oraz ze stowarzyszeniami z całej Polski w kwestiach dotyczących praw pracowniczych i równouprawnienia kobiet. Przykładem niech będzie walka o utworzenie urzędu Lokalnego Pełnomocnika ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn przy Urzędzie Wojewódzkim. A także czynny udział w śląskich manifach czy Kongresie Kobiet. Od chwili powołania związku walczymy o parytety na listach wyborczych oraz inicjatywy branżowe. Wysyłamy listy-apele do posłanek i posłów naszego województwa, jak również do wszystkich klubów poselskich w Sejmie przed uchwaleniem ustawy o podwyższeniu wieku emerytalnego dla kobiet. Współpracujemy z ośrodkami akademickimi, w szczególności Uniwersytetem Śląskim, biorąc udział m.in. w projektach i konferencjach mających na celu zdiagnozowanie ról i pozycji kobiet w życiu społecznym. Nasze pole działania jest rozległe.
29 listopada w Rydułtowskim Centrum Kultury z inicjatywy górniczek odbyła się konferencja z udziałem Doroty Stasikowskiej-Woźniak, dyrektor Dress for Success Poland. To wyjątkowa organizacja, której działanie jest skierowane do kobiet w trudnej sytuacji życiowej, a polega na zapewnianiu im wsparcia w postaci szkoleń i pomocy w szukaniu pracy, rozwijaniu ich aktywności zawodowej i życiowej. Jedną z materialnych form pomocy jest przekazywanie odpowiedniego stroju do pracy i na rozmowę kwalifikacyjną. Spotkanie w Rydułtowach było zapoznaniem z organizacją w formie praktycznej – zorganizowana została prelekcja na temat dress code’u. W spotkaniu wzięły udział zaproszone panie z urzędów oraz wszystkie chętne, które zmieściły się na sali.

Wigilijny comber

Związek co roku organizuje spotkania w okresie Barbórki, ale zrezygnował z imprezy konkurencyjnej do męskiej karczmy piwnej. Babski comber zostanie zastąpiony w tym roku przez spotkanie barbórkowo-wigilijne.
– Zawsze dobrze się bawimy, zapraszamy jakiś lokalny kabaret albo zespół. Mamy okazję do relaksu, rozmowy i wspólnej zabawy – podsumowuje Bogusława Staszewska.
Za to panie zdominowały zorganizowany z okazji Barbórki konkurs fotograficzny pod hasłem „Górnictwo z zasadami”. Zgłoszono 94 zdjęcia, ale główne nagrody zgarnęły kobiety, co spowodowało, że organizatorzy post factum mówią o konkursie „Górnictwo oczami kobiet”.
Zdobywczynią pierwszego miejsca jest Elżbieta Komarzyńska z Warszawy: – Mój jedyny związek z górnictwem to znajomość z hydrogeologiem górniczym, z którym byłam cztery lata. Wyjeżdżałam z nim w różne miejsca związane z górnictwem, ale na dole w kopalni byłam w Boliwii. Jestem informatykiem, fotografia to moja pasja. Pewnego dnia, będąc w podróży, zatrzymałam się w punkcie widokowym, skąd była widoczna kopalnia w Bełchatowie. Zrobiłam zdjęcia i jedno z nich wysłałam na konkurs. Musiało w nim coś być, skoro wygrałam.
Druga laureatka, Klaudyna Filipiak, ma 22 lata i pochodzi z rodziny górniczej, mieszka w Lędzinach. Studiuje polonistykę na Uniwersytecie Śląskim. Fotografii nauczył ją ojciec, który przez 10 lat był górnikiem, pracował na dole. – Założyłem agencję interaktywną, od lat fotografuję tematy związane z górnictwem. Córka często mi pomaga, jeździ ze mną w różne miejsca i sama złapała fotograficznego bakcyla. W ten sposób spędzamy czas, dyskutujemy nad ujęciami – opowiada Jacek Filipiak.
Razem przygotowywali duży fotoreportaż o ścianach gigantach. Zjeździli kilka kopalń. Klaudyna na konkurs wysłała jedno ze swoich zdjęć, to ściany 914 w kopalni Ziemowit.
– Cieszę się, że fotografia córki została doceniona. Ona jako kobieta ma inne spojrzenie, znalazła w tej ścianie coś szczególnego, a takie miejsce trudno sfotografować. Moja radość jest tym większa, że w komisji byli bardzo wymagający profesjonaliści.
Beata Znamirowska-Soczawa

Prenumerata na prezent

Odpowiedz