Hajer podróżnik

– Dostałem odprawę, premię i rozwiązaną umowę o pracę. Szedłem przez Katowice jak skazaniec – mówi Mietek Bieniek. – Nagle zobaczyłem ofertę biura podróży. Bilet otwarty do Indii. Spontanicznie za pieniądze z odprawy kupiłem ten bilet. W domu pełen poczucia winy spakowałem do plecaka dwie konserwy turystyczne, bochenek chleba, wziąłem paszport, kartę kredytową i trochę gotówki. Powiedziałem żonie, że jadę na kilka dni w Beskidy. Zadzwoniłem po pięciu dniach z Indii. Była w szoku. Myślała, że piję z kumplami. I tak Mietek dotarł do dalajlamy. Jadąc do niego, korzystał wyłącznie z autostopu – od samych Katowic do Dharamsali! Przez ponad 20 lat pracował pod ziemią jako górnik. Od 13 lat podróżuje po świecie bez planu, pieniędzy i zdrowia. Był już w 104 państwach.

Ponad 20 lat pracował pod ziemią jako górnik. Od 13 lat podróżuje po świecie bez planu, pieniędzy i zdrowia. Był już w 104 państwach

W cyklu „Podróże z Hajerem” wydano do tej pory „Z Hajerem na kraj Indii” i „Z Hajerem do Dalajlamy”. Niebawem ukaże się „Z Hajerem w Afryce”. W każdej książce są wyłącznie fotografie wykonane przez autora. W Afryce zrobił ok. 35 tys. zdjęć. Wielkim marzeniem Mieczysława Bieńka jest napisanie jeszcze dwóch książek: o podróżach rowerowych (łącznie przejechał kilkanaście tysięcy kilometrów) oraz osobistej książki dla córki Justyny – chce w niej zawrzeć swoje refleksje, przemyślenia i sprawy, o których nie potrafi opowiedzieć.
Już w maju hajer podróżnik wybiera się na wschód, w kierunku Murmańska, Archangielska i gdzie los powiedzie. Tą podróżą postanowił osobiście promować igrzyska zimowe w Soczi.


Dalajlama spojrzał na niego z krużganku. Była pierwsza po północy. Zdziwiony obrzucił wzrokiem niewysoką postać wołającą do niego i gestykulującą z dziedzińca. Ciekawe, co pomyślał, widząc dziwnego Europejczyka. Tego nikt nie wie, ale dalajlama zapytał:
– Skąd i po co do mnie przyjechałeś?
– Z Polski. Chciałem podziękować Bogu za moje życie.
– Jesteś buddystą?
– Nie, chrześcijaninem, ale mój papież umarł i postanowiłem dotrzeć do drugiego najlepszego człowieka na ziemi. Ty nim jesteś.
W ten sposób Mieczysław Bieniek ukoronował swoją podróż do dalajlamy, który ujęty jego szczerością zaprosił go na prywatne nabożeństwo.
A nie wiedział przecież, że Mietek, jadąc do niego, korzystał wyłącznie z autostopu – od samych Katowic do Dharamsali! Że zabrało mu to wiele tygodni, podczas których zmagał się z ograniczeniami własnego ciała, chorobą i trudami podróży. Ani rodzina i przyjaciele, ani przygodni kierowcy różnych narodowości nie wierzyli, że dotrze do tak ważnej osoby. A jednak się udało!

Pisarz w mundurze górnika

Po raz pierwszy zobaczyłam Mietka Bieńka na targach książki w Krakowie. Podpisywał swoją najnowszą publikację podróżniczą „Z Hajerem do Dalajlamy”. Był w mundurze górniczym i czapce z pióropuszem. Dalajlama, górnik, podróże, sposób, w jaki nawiązywał kontakt z każdym czytelnikiem proszącym o autograf – wszystko to bardzo mnie zaintrygowało. Postanowiłam spotkać się z nim i opisać jego życie. Nie było łatwo się umówić – kilka tygodni spędził w szpitalu, a potem odbywał długą rekonwalescencję w domu. Jak on podróżuje? – zastanawiałam się, gdy wyznał, że stwierdzono u niego pylicę, w wyniku której 40% płuc ma pokrytych węglowym kamieniem.
– Lekarka kiwała nade mną głową, jakbym był już trupem. Kazała się oszczędzać, prowadzić emerycki tryb życia. Gdy przyznałem się, że od tylu lat podróżuję, i to w trudnych warunkach, spojrzała jak na wariata, a potem z szacunkiem, jak na ducha, którym według jej diagnozy dawno powinienem być.
Pylica nie jest jedynym ograniczeniem podróżnika. Mietek ma całkowity ubytek wzroku w jednym oku, poważny ubytek słuchu, martwy palec, astmę i wiele innych dolegliwości. Nie przejmuje się tym. Chęć poznawania ludzi i świata jest silniejsza, motywuje i utrzymuje go w kondycji.

Poznawać życie innych

W końcu się spotkaliśmy. W przykopalnianym bloku KWK „Wieczorek” w Katowicach, w mieszkaniu pełnym pamiątek, zdjęć i gadżetów z wyjazdów.
– Niczego nie kupuję. Wszystko, co tu jest, dostałem w prezencie albo w wyniku wymiany. Wiele rzeczy też rozdałem. Przedmioty są ładnym dodatkiem, ale to, co naprawdę przywożę, to moje wspomnienia o ludziach i sytuacjach.
Otwiera szafkę i ze stosu wyciąga jeden z grubych zeszytów (ma takich 16).
– Podczas wyjazdu codziennie robię notatki, wklejam zdjęcia, widokówki, bilety, znaczki. Na początku notatki były jednozdaniowe, krótkie – nazwa miejsca lub zabytku, imię czy nazwisko napotkanej osoby, nazwa trasy kolejowej lub innego przewoźnika. Z czasem zacząłem opisywać ludzi, ich zachowanie, co do mnie mówią, jak reagują, jak są ubrani, opisuję smaki, kolory, zapachy. Pisząc kolejną relację z podróży na podstawie notatek, przypominam sobie sytuacje, opisuję je na luźnych kartkach, które rozkładam wokół siebie. Dopiero gdy czuję, że to już wszystko, co chcę zawrzeć w książce, przepisuję na komputerze. Wydawnictwo ma sporo pracy, bo przecież żaden ze mnie pisarz. Wiele rzeczy piszę gwarą, a dla redaktora w nawiasie wyjaśniam, co dane słowo znaczy.
Mietek Bieniek globtroterem został pod wpływem impulsu. Jednak zanim do tego doszło, musiało minąć wiele lat schematycznego życia.
Pochodzi ze śląskiej rodziny z tradycjami górniczo-hutniczymi. Po wojsku zwerbowano go do kopalni i wyedukowano na górnika strzałowego. To jedna z najbardziej odpowiedzialnych i najniebezpieczniejszych funkcji pracującego pod ziemią. Tam, gdzie kombajn i górnicy przodowi nie dają rady, sprawy w swoje ręce bierze górnik strzałowy. Musi się znać na wielu rzeczach, a najważniejszą jest ochrona życia własnego i innych górników. Bieniek zdobył więc dodatkowo uprawnienia ratownika górniczego. Bardzo mu się przydały, gdy sam wielokrotnie był ranny i gdy dwukrotnie zasypały go czarne skały. Pierwszy wypadek, w 1980 r., to uderzenie skałą w głowę i kilka dni bez przytomności. W tym czasie żona urodziła córkę. Kilka lat później urwało mu palec. Tak to opisuje: „Wyciągam rękę z rękawicy po silnym szlagu (uderzeniu), a tu palec... osobno. Bez namysłu go obsikałem (sposób na antyseptykę), zawinąłem w opatrunek jednorazowy i zadzwoniłem do dyspozytora, żeby powiedzieć, co się stało. Na powierzchni czekała już na mnie karetka, w szpitalu palec ładnie przyszyli. Nie mogę go za bardzo zginać, nie mam też w nim pełnego czucia, a jak się robi chłodno, to mi sinieje. Jednak co własny, to własny”.
W 1999 r. zasypało go w korytarzu razem z kolegą. Siedzieli pod kupą żelaza i zastanawiali się, czy ktoś do nich dotrze. Stres był olbrzymi. Na szczęście trwał niecałe dwie godziny, ale kolejny silny uraz głowy zafundował mu dziewięć miesięcy hospitalizacji. Wtedy stracił wzrok w jednym oku.
– Nie było już dla mnie powrotu na kopalnię. Czułem się tak, jakby moje życie rzeczywiście się skończyło, nawet chyba nie byłem wdzięczny za ratunek, bo jak nie mogłem pracować, to po co w ogóle żyć? – nawet dziś na wspomnienie tego poczucia bezsilności ma łzy w oczach. – Dostałem odprawę, premię i rozwiązanie umowy o pracę. Szedłem przez Katowice jak skazaniec. Nagle mój wzrok przyciągnęła oferta w witrynie jakiegoś biura podróży. Bilet otwarty do Indii – to rzuciło mi się w oczy. Spontanicznie kupiłem ten bilet za pieniądze z odprawy. Wróciłem do domu pełen poczucia winy, spakowałem do plecaka dwie konserwy turystyczne i bochenek chleba, wziąłem paszport, kartę kredytową i trochę gotówki. Powiedziałem żonie, że jadę na kilka dni w Beskidy. Zadzwoniłem po pięciu dniach z Indii. Była w szoku. Myślała, że piję z jakimiś kumplami, prosiła, żebym uważał, bo przecież biorę sporo leków.
O Indiach wiedział tylko tyle, że wylądował w Delhi i chciałby dotrzeć do dwóch miast: Kalkuty i Bombaju. Nie znał żadnego języka prócz węgierskiego – przez dwa lata pracował na kontrakcie w jednej z węgierskich kopalń. I oczywiście rosyjskiego, ale ten na wiele się nie zdał w tej części świata.
Nie potrafił się dogadać w kwestii kierunku, kupienia biletu, jedzenia. Na noc przysiadał z biedakami w okolicach dworca. Czasami dawali mu coś do jedzenia z tego, co sami zdobyli.
– Uznałem wtedy, że oszalałem. Mój pomysł takiej spontanicznej podróży był najgłupszy z możliwych. Czułem się okropnie, zmęczony, brudny, przerażony. Wsiadałem do pociągu, myślałem, że jadę w jakieś określone miejsce – a wysiadałem w kompletnie nieznanym. Pewnego dnia spotkałem himalaistkę Ankę Czerwińską. I ona mnie uratowała. Powiedziała: jesteś twardym górnikiem, hajerem, i się rozklejasz?
Podróżowała z kilkoma kobietami. Zaproponowały mu wspólną podróż, pod warunkiem że codziennie będzie się uczył od każdej z nich trzech angielskich słówek. I tak po kilku tygodniach już sam mógł kupić bilet albo coś do jedzenia. Spędził w Indiach pół roku.
To była niekonwencjonalna terapia, która odmieniła jego życie. Już po trzech miesiącach, które poświęcił na intensywną naukę angielskiego, zaczęło go znowu ciągnąć w świat. Tym razem wybrał kierunek – Wietnam, Laos, Kambodża i okolice. Tam zyskał przydomek „Serdeczna Matko”.
– Los sprawił, że przez 16 dni płynąłem łódką po Mekongu. Sam z kilkunastoma Wietnamczykami. Trochę się bałem na początku, więc na okrągło śpiewałem. Najpierw śląskie szlagiery, w końcu zacząłem religijne. Tak strasznie im się spodobała „Serdeczna matko, opiekunko ludzi”, że czasami musiałem ją śpiewać po kilka godzin non stop, a gdy przerywałem, dopingowali mnie: „Mietek, song”. W końcu wytłumaczyłem im – na migi – że to pieśń religijna i trzeba jej słuchać nabożnie. Więc słuchali ze złożonymi rękami. Po tygodniach od tego wydarzenia dotarła do mnie wiadomość, że na łódkach Mekongu przewoźnicy ciągle nucą tę pieśń, i tak poprzez internet zyskałem przydomek „Serdeczna Matko”.
Po pięciu latach spontanicznego podróżowania bez celu postanowił podziękować opatrzności za życie. Niestety, nie mógł już pojechać do Jana Pawła II, więc zdecydował się wybrać do dalajlamy. I to w niekonwencjonalny sposób. Stanął przy autostradzie A4 z Katowic do Krakowa z tabliczką „Indie Dalajlama”. Kierowcy pukali się w czoło, w końcu jeden się zatrzymał i podwiózł go do Rzeszowa. Przygodę opisał w książce „Z Hajerem do Dalajlamy”.

Każdy kraj to jak kolejna hałda

– Gdy dostałem wyrok: renta i brak możliwości powrotu do pracy pod ziemią, uznałem, że to koniec mojego życia. Byłem po czterdziestce i nie wyobrażałem sobie, co będzie dalej. Wcześniej niewiele podróżowałem, chociaż miałem taki gen. Mój dziadek w okresie międzywojennym pracował we francuskich kopalniach. Zawsze nam opowiadał o Francji i o Lazurowym Wybrzeżu. Gdy miałem osiem lat, nazbierałem złomu, sprzedałem go i kupiłem sobie porządne trampki. Namówiłem kolegę, żebyśmy poszli za hałdę i zobaczyli, co tam jest, wmawiając mu, że w ten sposób dotrzemy do Lazurowego Wybrzeża. Jednak za tą pierwszą hałdą była następna i następna i tak doszliśmy z Katowic do Dąbrowy Górniczej, a potem skończyło się wielkim laniem w pupsko od matki i ojca. Jako nastolatek trochę podróżowałem modnym w PRL autostopem i to były moje jedyne szalone podróże. Teraz, gdy przemierzyłem już 104 kraje na czterech kontynentach, poznałem setki ludzi i obyczajów, wszedłem w miejsca, gdzie nikt normalny by nie wszedł, nauczyłem się zwiedzać zabytki i jeździć na gapę, czasami bez wymaganych wiz, ryzykując nawet utratę wolności – nie wyobrażam sobie innego życia.
Wszędzie, gdzie rzuci go los, stara się integrować z otoczeniem. Nawet nieproszony włącza się w pracę innych ludzi. Robi zdjęcia, zagaduje – często na migi, czasem prosi o nocleg lub o coś do jedzenia, a w zamian pomaga. Niejednokrotnie robi więcej szkód niż pożytku, za to miejscowi mają niezły ubaw. W Indiach był pomocnikiem mleczarza i pomagał w domach prowadzonych przez siostry matki Teresy – na całym świecie przydają się jego umiejętności ratownika i podstawowe wykształcenie medyczne, w różnych miejscach zostawiał cząstkę siebie: w hospicjach, domach dziecka, szpitalach terenowych i domach pomocy. Pomagał na budowach (np. krematoriów w Singapurze), uczył się łowić ryby na kutrach w Indonezji, pracował na polach przy różnych uprawach, wzięto go nawet za misjonarza. Od małżeństwa 70-latków z Kanady nauczył się wślizgiwania do różnych miejsc kuchennymi drzwiami, bez biletów i opłat. W podróżniczym żargonie nazywa się to wydrowaniem. W ten sposób zwiedził Tadż Mahal.

Wspierająca żona

I ciągle ma gdzie wracać. Z Iwoną są ponad 30 lat po ślubie. Ich córka Justyna wybrała inną formę aktywności – bierze udział we wszystkich większych maratonach na świecie i osiąga wiele sukcesów. Mieszka w Londynie.
– Prawdziwa miłość polega na dawaniu drugiej osobie takiego zakresu wolności, jakiego potrzebuje, żeby czuć się szczęśliwym – wyznaje Iwona Bieniek. – Zrozumiałam to, obserwując Miecia i akceptując jego nieprzewidywalność. On czuje się szczęśliwy, realizując siebie w świecie, ale wiem, że zawsze do mnie wróci. Ja zresztą też się realizuję, nie żyję tylko tym, co robi mój mąż, i oczekiwaniem na niego. Ćwierć wieku temu rzuciłam palenie i zaczęłam biegać – dla własnej kondycji. Wtedy czasami biegał ze mną. Gdy wyjechał po raz pierwszy i zbiegło się to z wejściem w samodzielne, dorosłe życie córki, nagle poczułam ogromną pustkę. Ta druga osoba, która zostaje w domu, czuje większą tęsknotę, nie ma co robić z czasem. Postanowiłam także realizować marzenia. Miałam tylko wykształcenie zawodowe, więc zaczęłam je uzupełniać. Zawsze lubiłam pomagać ludziom, najpierw charytatywnie pomagałam w hospicjum, teraz jestem opiekunem osób niepełnosprawnych i pracuję w ośrodku dla dzieci niepełnosprawnych. Kocham swoją pracę. Stworzyłam krąg przyjaciółek, z którymi jeździmy w weekendy w różne ciekawe miejsca – od wypraw turystycznych w góry po wyjazdy do teatrów. Jestem szczęśliwa i spełniona. Trochę podróżowałam z mężem po Indiach, powiedział nawet, że jestem świetnym kumplem w podróży, ale nie mam aż takich możliwości czasowych. Nie chcę porzucać pracy, którą uwielbiam. Oboje się realizujemy na swój sposób – potrafimy być szczęśliwi i razem, i osobno. I to największa wartość naszego małżeństwa.
Beata Znamirowska-Soczawa

Prenumerata na prezent

Odpowiedz