Emerytury Tuska

Fot.Stefan Maszewski REPORTER Fot.Stefan Maszewski REPORTER

Trwa najważniejszy spór współczesnej Polski. I jak zawsze przy naszych ważnych debatach, za dużo w nim półprawd i przekłamań. Wynik raz na zawsze przesądzi o kształcie polskiego modelu społecznego i gospodarczego, bo gdy wiek emerytalny zostanie podniesiony, na pewno nikt go już nie obniży. Decyzja o tym, czy zaczniemy przechodzić na emeryturę dwa i siedem lat później, spowoduje bowiem gruntowne zmiany w naszym życiu. Zawodowym i osobistym. Poglądy zwolenników i przeciwników podniesienia wieku emerytalnego rozkładają się wedle klasycznej różnicy zdań między pracą i kapitałem. W Polsce status społeczny i majątkowy generalnie się dziedziczy, więc młodzi ludzie wiedzą już, czego mogą się spodziewać od życia.

Trwa najważniejszy spór współczesnej Polski. I jak zawsze przy naszych ważnych debatach za dużo w nim półprawd i przekłamań

Andrzej Dryszel

– Kobiety powinny kończyć pracę zawodową w wieku 60 lat. Życie obciąża nas bardziej niż mężczyzn. Pracujemy zawodowo, coraz częściej wyręczając panów w zarabianiu pieniędzy, rodzimy i wychowujemy dzieci, prowadzimy dom. Bez kobiety nie ma rodziny. Pracując faktycznie na dwóch etatach, powinnyśmy mieć prawo wcześniejszego przechodzenia na emeryturę. Nikt na tym nie traci. Pełnimy wtedy pożyteczną społecznie funkcję babci, rozpieszczamy wnuki, pomagamy młodym, którzy często muszą pracować od rana do nocy, żeby związać koniec z końcem. A jeśli kobieta w wieku emerytalnym pragnie także pracować zawodowo, to nikt jej nie broni. Pracodawcy chętnie zatrudniają emerytów, bo nie muszą płacić od nich ZUS – mówi Mirosława Chmielewska, nauczycielka. Nie ma przepracowanych 35 lat „przy tablicy”, więc nie ucieknie przed późniejszym przejściem na emeryturę.
Jej 23-letni syn Jan, student, też nie jest zachwycony wizją wydłużonej pracy. Jednak nie dlatego, że sam pójdzie na emeryturę dwa lata później: – Z punktu widzenia finansów państwa to może dobre rozwiązanie. Ale dla mnie, jeszcze studenta, który za półtora roku wejdzie na rynek pracy, to zły pomysł. Pracodawcy będą przecież woleli zatrzymać starszych, doświadczonych pracowników, którzy w dodatku boją się utraty pracy, wiedząc, że w swoim wieku innej łatwo nie znajdą, zamiast sięgnąć po młodych, którzy dopiero zaczynają i jeszcze niewiele umieją. Podobnie myśli wielu moich kolegów z roku.
Odwrotności tej sytuacji boją się ludzie mający kilka lat do emerytury, którym grozi, że ich droga do bezpiecznego portu wkrótce będzie dłuższa. Uważają oni, że pracodawcy pozbędą się starszych, mniej wydajnych i trudniej przyswajających nowości, zastępując ich młodymi, bez oporu akceptującymi dłuższą pracę i marne zarobki. Już dziś przecież w wielu miejscach osoby zbliżające się do czteroletniego przedemerytalnego okresu ochronnego niemal z urzędu otrzymują wypowiedzenia od pracodawców.
Natomiast Henryka Bochniarz, prezydent Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan, uważa oczywiście, że na emeryturę należy przechodzić później.
I mniej więcej w taki właśnie sposób rozkładają się poglądy zwolenników i przeciwników podniesienia wieku emerytalnego do 67 lat. Można by powiedzieć: klasyczna różnica zdań między pracą i kapitałem, acz w nie do końca czystej postaci.

Za i przeciw

Spór o wiek emerytalny to największy konflikt nowoczesnej Polski. Na pewno podzieli nas bardziej niż ubiegłoroczna, budząca tyle emocji dyskusja o wysokości składki odprowadzanej do otwartych funduszy emerytalnych. Ale i stawka gry jest nieporównanie ważniejsza. Wynik raz na zawsze przesądzi o kształcie polskiego modelu społecznego i gospodarczego, bo gdy wiek emerytalny zostanie podniesiony, na pewno nikt go już nie obniży. Pamiętajmy więc (i nie są to słowa zbyt pompatyczne): nadchodzi chwila, która nieczęsto zdarza się w dziejach państwa i narodu, kiedy to zapadać będą postanowienia o wielkim i nieodwracalnym znaczeniu dla każdego z nas. Decyzja o tym, czy zaczniemy przechodzić na emeryturę dwa i siedem lat później, spowoduje bowiem gruntowne zmiany w naszym życiu. Zawodowym i osobistym.
No i, tradycyjnie już dla polskiej demokracji, ta decyzja zostanie najprawdopodobniej podjęta bez opinii Polaków wyrażonej w referendum (tak jak decyzja o „kompromisowej” ustawie antyaborcyjnej). Skoro bowiem wiadomo, że większość rodaków będzie przeciw, a władza chce, żeby było za, po co dokumentować to głosowaniem referendalnym.
Zwolennicy granicy 67 lat to z reguły ci zamożniejsi, którym powiodło się w transformacji, przedsiębiorcy, dobrze wykwalifikowani specjaliści. A także naukowcy, inteligencja, ludzie, którzy bądź odziedziczyli jakieś majątki, bądź sami zdołali je zgromadzić. Oni nie boją się bezrobocia, a zarabiają na tyle dobrze, że cieszy ich oddalenie okresu, w którym będą musieli ograniczyć aktywność zawodową czy odejść z wysoko płatnych stanowisk.
Przeciwnicy zmiany to cała reszta. Zarobki średnie lub poniżej. Pracownicy najemni, zarówno fizyczni, jak i umysłowi, ale także „przedsiębiorcy”, którym kazano założyć własną „działalność gospodarczą”. Walczący o to, by się utrzymać na powierzchni, pod koniec tygodnia często wyczerpani do granic wytrzymałości i mający dość tego, co robią. Może oni również należą do grona Polaków żyjących coraz dłużej, ale na pewno są coraz bardziej zmęczeni. Każdy dodatkowy rok takiej walki o utrzymanie dotychczasowego poziomu życia lub choćby o to, by nie utonąć w długach, to ból i stres. A dodatkowe siedem lat?
Elity i ogół

Im bliżej do podwyższenia wieku emerytalnego, tym mniej zwolenników tej decyzji. W listopadowym sondażu TNS OBOP 80% badanych sprzeciwiało się podniesieniu wieku emerytalnego, 16% popierało ten pomysł, 4% nie miało zdania. W późniejszym o prawie trzy miesiące badaniu Millward Brown SMG/KRC 85% jest przeciw, 14% za, a 1% nie ma zdania.
Wśród zwolenników podniesienia wieku przeważają, co oczywiste, osoby wykształcone i dobrze zarabiające – przede wszystkim zwolennicy PO i SLD. Najwięcej przeciwników jest wśród elektoratu PSL. We wszystkich grupach wiekowych proporcje zwolenników są dość podobne, nie jest tak, że wśród osób 50+ liczba przeciwników przesunięcia wieku emerytalnego raptownie rośnie. W Polsce status społeczny i majątkowy generalnie się dziedziczy, więc także młodzi ludzie wiedzą już, czego mogą się spodziewać w życiu.
Rządowy projekt podniesienia wieku
emerytalnego nasilił podziały wśród Polaków, a zwłaszcza ten podstawowy, między światłymi elitami, mającymi rozum, szkiełko i oko, pragnącymi wprowadzać zmiany korzystne dla ogółu, a ogółem właśnie, nijak niepojmującym, że to dla jego dobra, tym brechtowskim społeczeństwem, którego nie da się niestety wymienić na nowe, bo się nie sprawdziło, choć tak by się chciało. Zapewne ożywienie tego podziału było nieuchronne, tak jak w przypadku wszelkich koncepcji dogodniejszych dla ludzi zamożnych i wykształconych, którym generalnie zawsze w życiu lepiej, niż dla biedniejszych i mniej zaradnych, stanowiących większość każdego narodu. Tyle że u nas ta większość jest może słabsza i biedniejsza niż w wielu innych państwach Unii Europejskiej, bo odsetek ludzi ubogich oraz zróżnicowanie majątkowe obywateli należą w Polsce do największych w UE.

Na polu bitwy

Zaczęły się właśnie krótkie, zaledwie miesięczne konsultacje rządowego projektu ustawy podnoszącej wiek emerytalny. Wiadomo, że będą burzliwe, słychać zapowiedzi, że przeniosą się i na ulice. Strony przystępują do nich uzbrojone w poważne argumenty.
Rząd, z premierem, który jak zawsze wziął na siebie główny ciężar prowadzenia ataku, jest dobrze wyposażony w obliczenia, symulacje i przewidywania. A także w poczucie racji i determinację, że kto, jeśli nie my, kiedy, jeśli nie teraz.
Słyszymy więc, że nie ma innego wyjścia, bo za trzydzieści parę lat wystąpi u nas drastyczny brak rąk do pracy. – Bezrobocie towarzyszy nam dziś jako dotkliwe doświadczenie. Ale rzeczywistością Polski będzie rzeczywistość kraju, gdzie ręce do pracy będą najbardziej poszukiwanym towarem – mówi Donald Tusk. W 2040 r. ponad połowa Polaków będzie po pięćdziesiątce. Jeśli odejmiemy dzieci i inne osoby niezdolne do pracy, to okaże się, że pracować będzie zaledwie jedna trzecia ludności. Oznacza to coraz mniejsze składki emerytalne. A nasze życie się wydłuża. W 1965 r.
na każdy rok spędzony przez Polkę na emeryturze przypadało osiem lat jej pracy. Dziś – niespełna półtora roku pracy. Jeśli chodzi o Polaka, w 1965 r. na rok życia na emeryturze pracował on przez
20 lat. Dziś – przez zaledwie dwa i pół roku. W tej sytuacji bez podniesienia wieku emerytalnego świadczenia muszą spadać. Budżet państwa po prostu nie znajdzie takich sum. I dlatego PO będzie głosować za przechodzeniem na emeryturę w wieku 67 lat (dla kobiet – od 2040 r.,
dla mężczyzn – od 2020 r.).
Inni uczestnicy emerytalnej batalii uważają jednak, że jest alternatywa. PSL chce, by matki przechodziły na emeryturę wcześniej (o trzy lata za każde dziecko). PiS domaga się zostawienia obecnego wieku emerytalnego bez zmian i wprowadzenia możliwości wyboru między pozostawaniem w ZUS i OFE. Ruch Palikota popiera pomysł 67 lat, ale przy wprowadzeniu ochrony dla zarabiających najmniej i narażonych na utratę pracy, oraz dodatkowych ulg dla przedsiębiorców. SLD proponuje zaś zastąpienie granicy wieku granicą stażu pracy – 35 lat dla kobiet i 40 dla mężczyzn.
Na drugim końcu pola bitwy okopały się związki zawodowe. – Potrzebne są zabezpieczenia dla osób starszych, szukających pracy: gwarancje zatrudnienia, zasiłki rodzinne, zasiłki dla bezrobotnych. A także aktywna polityka państwa tworząca nowe miejsca pracy – mówi Jan Guz, szef OPZZ. Ogólnopolskie Porozumienie także jest za tym, by po przepracowaniu 40 i 35 lat każdy miał prawo do emerytury, niezależnie od wieku. Oznaczałoby to wydłużenie obecnego czasu pracy, wynoszącego niespełna 36 lat dla mężczyzn i 33 lata dla kobiet. Generalnie jednak, zdaniem OPZZ, przez najbliższe kilkadziesiąt lat nie ma potrzeby podnoszenia wieku emerytalnego. Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) ocenia bowiem, że w Polsce, przy pozostawieniu granicy 65 i 60 lat, wydatki na emerytury w proporcji do produktu krajowego brutto będą spadać przez najbliższe pół wieku (dalsze prognozy obarczone są zbyt dużą dozą niepewności). Należy więc raczej skoncentrować się na polityce prowadzącej do wzrostu liczby narodzin.
– Zamiast wydłużenia wieku emerytalnego trzeba likwidować bezrobocie i stworzyć taki system motywacyjny, by Polacy chcieli dłużej pracować – twierdzi Piotr Duda, szef „Solidarności”. Na razie jednak trudno sobie wyobrazić, byśmy mogli pracować tak długo jak w krajach starej Unii, gdzie służba zdrowia funkcjonuje lepiej i znacznie wyższy jest poziom medycyny pracy.
Pomiędzy stronami konfliktu można się natknąć na wolnych strzelców, takich jak prof. Leszek Balcerowicz, który celuje i w rząd, i w opozycję. Jednym zarzuca opieszałość i brak zdecydowania we wprowadzaniu niezbędnych reform, a drugim udawanie Greka i strusią politykę, wskazując, że zgodnie z kulturą polityczną w Polsce opozycja zachowuje się jak niszczyciele i hamulcowi.
Można także natrafić na nieliczne grono prawdziwych, niezależnych ekspertów, takich jak prof. Tadeusz Szumlicz, wybitny znawca problematyki ubezpieczeń społecznych. – Najważniejsze jest wyrównanie wieku przechodzenia na emeryturę, a nie podnoszenie go. Na samym początku reformy emerytalnej z 1999 r. zakładano, że nastąpi wyrównanie wieku na poziomie 62 lat. Gdyby to wtedy zrobiono, dziś nie byłoby problemu. Emerytury pomostowe też wprowadzono 10 lat później, niż planowano. Po co straszyć ludzi wprowadzeniem 67 lat? Należało systematycznie podnosić wiek emerytalny kobiet do 65 lat – mówi prof. Szumlicz. I podkreśla,
że „dłużej pracować” niekoniecznie znaczy „podwyższać wiek przejścia na emeryturę”. Dziś realny średni czas przechodzenia na emeryturę wynosi w Polsce ok. 59 lat. Jest więc rezerwa, by wydłużyć efektywny czas pracy, bez konieczności podnoszenia wieku emerytalnego, choć oczywiście zawsze będzie on niższy od nominalnego, choćby z powodu uprawnień niektórych grup zawodowych do wcześniejszego otrzymywania świadczeń.

Lepszy wróbel w garści

Gdy słucha się tylko zapowiedzi strony rządowej, wskazujących korzyści płynące z podwyższenia wieku emerytalnego, trudno odrzucić myśl, że to nasze społeczeństwo musi być chyba jakieś słabo rozgarnięte. Przecież mówi się mu wyraźnie, że każdy dodatkowy rok pracy oznaczać będzie zwiększenie emerytury o ponad 9% dla kobiet i ponad 10% dla mężczyzn. Że zmiany demograficzne sprawią, iż już za 30 lat pracodawcy będą się bili o pracowników po pięćdziesiątce, pragnąc ich ozłocić. Że bez podwyższenia wieku do 67 lat rząd z bólem będzie musiał podnieść VAT o 8 punktów procentowych i obciąć emerytury o połowę. A oni nie i nie!
Ale Polacy mają i rozum, i pamięć. Widzą więc, że obiecując emerytalne złote góry, nikt nie raczył im wyjaśnić konkretnie i dokładnie mechanizmu powstawania owego dziewięcio- i dziesięcioprocentowego przyrostu świadczeń. Że nie wytłumaczono, co się stanie z emeryturami, gdy OFE będą nadal tracić ich składki, jak to już się zdarzyło w 2008 i 2011 r. (– Jeśli składka płacona na OFE nie będzie przynosić żadnych korzyści, to taki wzrost nie nastąpi – mówi krótko prof. Szumlicz). Że nikt nie zagwarantuje im tego, iż w przyszłości pracodawcy będą chętnie zatrudniać starszych Polaków zamiast naszych wschodnich sąsiadów, mniej wymagających płacowo. Że gdy rząd zechce podnieść VAT, to i tak znajdzie dziesiątki powodów, by to zrobić, co już miało miejsce w ubiegłym roku. Że wreszcie słuszne jest przysłowie o wróblu w garści – i lepiej mieć emeryturę może niższą, ale szybszą, i potem sobie dorabiać, niż walczyć jeszcze przez kilka lat na coraz trudniejszym rynku pracy.
Tymczasem dziś prawie 400 tys. ludzi powyżej 50. roku życia pozostaje bez pracy, zasiłku i stałych dochodów, a bezrobocie w tej grupie wiekowej zwiększyło się w 2011 r. o ponad 5%. Czy podniesienie wieku emerytalnego sprawi, że te problemy znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki? Przecież nawet uzasadnienie rządowego projektu wskazuje, że po wprowadzeniu granicy 67 lat, w 2060 r. liczba osób zawodowo czynnych będzie zaledwie o 1,5 mln większa (i to we wszystkich grupach wiekowych łącznie), niż gdyby pozostawiono wiek 65 i 60 lat. Dr Jolanta Perek-Białas uważa, że starszym pracownikom należy zapewnić możliwość łagodnego przechodzenia na emeryturę i stopniowego wygaszania kariery, np. poprzez pracę na część etatu i pobieranie części emerytury. Takich rozwiązań rząd jednak nie proponuje.
Była minister pracy Jolanta Fedak jest zwolenniczką elastycznego czasu przechodzenia na emeryturę: – W systemie emerytalnym ze zdefiniowaną składką, który powstał po wprowadzeniu OFE, powinniśmy mieć wybór: iść szybciej na niższą emeryturę albo później na wyższą. Z punktu widzenia kosztów byłoby to obojętne dla systemu.

Inni i my

Trudno też zaakceptować tłumaczenie, że dłuższa praca oznaczać będzie oszczędności w wydatkach państwa. Skoro nowe, późniejsze emerytury mają być wyższe, a my żyjemy coraz dłużej, może być odwrotnie – i bardzo prawdopodobne, że we wspomnianym 2060 r. deficyt funduszu ubezpieczeń społecznych będzie znacznie wyższy niż dziś.
Zdaniem prof. Leokadii Oręziak podnoszenie wieku emerytalnego jest w ogóle nieuzasadnione i oznaczać będzie narzucenie społeczeństwu bardzo poważnych wyrzeczeń. Główny cel tej decyzji to obniżka wydatków budżetu państwa oraz zapewnienie źródeł utrzymania dla OFE i zarządzających nimi powszechnych towarzystw emerytalnych. A tymczasem oszczędności emerytalne należy zacząć właśnie od OFE, które od 1999 r. zwiększyły nasz dług publiczny o ok. 230 mld zł
i tracą pieniądze przyszłych seniorów. W 2011 r. z funduszy wyparowało
11 mld zł składek emerytalnych, w 2008 r. aż 24 mld zł (szerzej o tym na s. 17).
Dobrze byłoby również nie opowiadać ludziom bajek, że już niemal cała Europa czym prędzej podniosła wiek emerytalny. Jak mówi prof. Szumlicz, z obecną granicą 65 i 60 lat plasujemy się mniej więcej w środku Europy. Dziś wiek emerytalny wynoszący 67 lat dla obu płci faktycznie funkcjonuje w dwóch krajach, Norwegii i Islandii. Oba nie należą do Unii Europejskiej. W Szwecji wiek jest elastyczny, od 61 do 67 lat. W Niemczech przesuwanie bariery do 67 lat zaczyna się w tym roku.
Wszyscy pamiętamy wprowadzanie reformy emerytalnej z 1999 r. i opowieści o tym, jak to emeryci będą opływać w dostatki i luksusowo spędzać jesień życia w tropikach. Po kilku latach okazało się, że za sprawą otwartych funduszy emerytalnych nasze emerytury będą mniejsze, a nie większe. Przydałoby się, aby przez wzgląd na tamte doświadczenia decydenci tym razem dobrze zapamiętali słynne słowa Lincolna, że można oszukiwać wszystkich przez pewien czas albo niektórych zawsze, ale nie da się ciągle oszukiwać wszystkich. I bardzo rzetelnie rozmawiali z ludźmi.


sonda
Wydłużenie wieku emerytalnego.
Dlaczego jestem za, dlaczego jestem przeciw?

Jerzy Baczyński, redaktor naczelny tygodnika „Polityka”
Jestem za, bo uważam, że to nieuniknione. Wynika z demografii i prognoz rynku pracy. Wcześniej z powagą traktowałem oświadczenia ministra finansów Rostowskiego, że nie ma co podnosić wieku emerytalnego, bo każdy sam zapracuje na emeryturę, ale widać minister połknął własny język. Wszystko poszło w drugą stronę, nie da się tej sprawy pozostawić indywidualnym decyzjom ludzi, trzeba stworzyć system, bo inaczej grożą nam niebezpieczeństwo polityczne w przyszłości i niepokoje społeczne. Jednak zakładając, że nowa ustawa przejdzie w parlamencie, przydałyby się bardziej szczegółowe rozwiązania. Czy ludzie w starszym wieku znajdą pracę? Co zrobić z tymi, którym zdrowie nie pozwoli na zatrudnienie? Czy starsi nie będą zagrażać młodym poszukującym swoich miejsc? Co zrobić z pracującymi na stanowiskach szczególnie ciężkich, a wymagających wysokiej sprawności? Czy będą jakieś formy przejściowe, jakieś widełki co do wieku i wysokości świadczeń? System emerytalny musi być bardziej zindywidualizowany, a my mamy wrażenie, że jego lokomotywa już jest w tunelu, ale tego, jakie wagony on ciągnie, nie widać.

Stefan Zgliczyński, wydawca
„Le Monde Diplomatique”
Jestem zdecydowanie przeciw wydłużeniu wieku emerytalnego. Jestem za możliwością wyboru. Jeśli ktoś chce pracować dłużej i zdrowie mu pozwala, to dobrze. Jednak podnoszenie wieku emerytalnego to kolejny zamach na prawa pracownicze. Jest to w zasadzie kompletna destrukcja systemu społecznego wprowadzonego po wojnie w Polsce i w całej Europie, kolejny skok na nasze pieniądze wypracowane przez lata, przez całe pokolenia. Kapitalistom brakuje środków do spekulacji i inwestycji giełdowych, więc mają kolejny pomysł na akumulację kapitału, gdyż inne źródła wysychają. Mamy zatem zamach na prawo do tego, co było dotąd święte, do wypracowanych emerytur.

Jerzy Kłosiński, redaktor naczelny
„Tygodnika Solidarność”
Oczywiście jestem przeciw. Podniesienie wieku emerytalnego nie przyniesie takich znaczących dochodów, jak się zapowiada, bo po prostu nie będzie skutkowało większą liczbą miejsc pracy. A skoro ludzie nie znajdą pracy, nie będzie dodatkowych składek, to trzeba będzie ich jakoś wspomagać. Jeśli nie będzie rynku pracy, to korzyści finansowe tego projektu są iluzoryczne. Sytuacja jest tak dramatyczna, bo osoby w wieku powyżej 55 lat nie mają szans na zatrudnienie i należałoby oczekiwać innych działań rządu, a nie wprowadzania na siłę nowoczesnego niewolnictwa.

Bojan Stanisławski, redaktor naczelny
pisma „Związkowiec.OPZZ”
Jestem jednoznacznie przeciwny tej koncepcji, argumenty w stylu „za długo żyjemy” uważam zaś za jakąś antycywilizacyjną komedię pomyłek. Zwiększona długość życia powinna być traktowana jako zdobycz ludzkości, którą każdy może się cieszyć, np. pobierając godziwe świadczenie emerytalne dłużej niż jego/jej pradziadek.
W naszej sytuacji gospodarczej byłby to kolejny krok w stronę całkowitej destrukcji rynku pracy. Poza tym jestem zaszokowany ostatnią wypowiedzią min. Kosiniaka-Kamysza, który uspokaja nas, powołując się na badania OECD, z których – jego zdaniem – wynika, że większa liczba aktywnych zawodowo staruszków oznacza zwiększenie zatrudnienia młodzieży. To kompletna bzdura, wypowiedź ta świadczy o tym, że minister albo nie wie, co mówi, albo pomylił skutki z przyczynami. Jak widać, rządowi wydaje się, że w krajach prowadzących politykę pełnego zatrudnienia bezrobocie jest niskie, gdyż starsi ludzie pracują tam dłużej. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie – starsi ludzie pracują tam dłużej, bo stopa bezrobocia jest bardzo niska.
Najskuteczniejszą, a zarazem najpożyteczniejszą społecznie metodą skłaniania ludzi do późniejszego przechodzenia na emeryturę jest tworzenie przyjaznych miejsc pracy i możliwości awansu socjalnego. Pracownika dobrze wynagradzanego, szanowanego, spełniającego się i zadowolonego z życia – jak lubi mawiać Jan Guz – „kijem z roboty nie wygonisz”.

Prof. Magdalena Środa, filozofka, etyczka
Widzimy, co się dzieje w Europie, że to absolutna konieczność, ale ja patrzę na to inaczej – jestem aktywna i mam pracę do końca życia, więc pogląd zależy od punktu widzenia. Czynnikiem łagodzącym jest to, że wszystko zacznie działać dopiero w 2040 r., a sama reforma rozpoczęta już teraz może podnieść międzynarodowy rating Polski i przynieść długofalowe korzyści. Do tej reformy przydałby się jeszcze pakiet ustaw z dziedziny polityki socjalnej. Nie chodzi tylko o żłobki i przedszkola, ale o walkę z biedą. Można pomyśleć o bonach opiekuńczych i o różnicach w zarobkach kobiet i mężczyzn. Musimy przeprowadzić tę reformę, jeśli chcemy utrzymać dobrobyt, a wiadomo, że kobiety nie będą już rodziły po siedmioro dzieci. Z drugiej strony ta ustawa nie może być atomem pływającym w próżni, a premier Tusk powinien zrozumieć, że polityka socjalna to także inwestycja, jak orliki czy Stadion Narodowy.

Henryka Bochniarz, prezydent Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan
Dlaczego jestem za? Jeżeli chcemy mieć wyższą emeryturę, to musimy dłużej pracować. Innego wyjścia nie ma. Bez podwyższenia wieku emerytalnego aktywność zawodowa Polaków pozostanie niska i wzrost standardu życia w naszym kraju będzie powolny. Jednocześnie obniżą się emerytury, szczególnie kobiet. Będą one pobierać emeryturę przez ponad 25 lat i jej wysokość spadnie z 50% do 25% przeciętnego wynagrodzenia. Jeżeli nie zdecydujemy się na podniesienie wieku emerytalnego, to kobiety będą musiały płacić składki emerytalne w wysokości 30%, a nie jak dotychczas 20% wynagrodzenia, czyli przeciętnie 300 zł miesięcznie więcej.

Ryszard Kalisz, poseł SLD
Najpierw powinniśmy w Polsce rozpocząć debatę, w jaki sposób ma wyglądać relacja osób, które pracują, do tych, które już przechodzą na emeryturę, uwzględniając charakter pracy np. kobiet. Nie można porównywać pracy sekretarki i tej, która przenosi kartony w fabryce. Niezwykle ważny jest też staż i wszystkie inne elementy, nie tyle sam wiek pracownika, ile to, jak wiele osób będzie na emeryturze. System istniejący dziś jest na dłuższą metę nie do utrzymania, gdyż budżetu państwa na to nie stać, ale takie schematyczne i automatyczne podniesienie wieku emerytalnego, zwłaszcza w odniesieniu do kobiet, jest nie do przyjęcia. Not. BT

Andrzej Dryszel
Współpraca
Mateusz Romanowski

Prenumerata na prezent

Odpowiedzi

Miller z lewicą aparatczyków

Miller z lewicą aparatczyków robi hucpę z żądaniem referendum na temat podwyższenia wieku emerytalnego. - Problemem jest to, że Polak skutkiem rządów liberalnych to nadal tania jak barszcz siła robocza dla gospodarki europejskiej. Nie pomaga wzrost gospodarczy, wyższa wydajność pracy. Przy zaniżanym jak sądzę celowo kursie złotego - nawet po 80 latach stażu pracy nie wyżyjecie z polskiej emerytury.

Trwa dyskusja o wieku

Trwa dyskusja o wieku emerytalnym, a cisza zapadła w sprawie okradzenia emerytów przez wprowadzenie waloryzacji kwotowej zamiast zamiast procentowej. Natomiast potracenie na ZUS wzrasta wg starych zasad. Nikt nie pokusił się o obliczenie ile na tym złodziejstwie "zarobili" Rostowski z Tuskiem.

Odpowiedz