Białe plamy II RP

Fot. POLITYKA Fot. POLITYKA

II RP żyła w otoczeniu Rosji Radzieckiej i III Rzeszy, łamiących wszelkie zasady demokratyczne, masowo mordujących swoich obywateli. Ale to nie może usprawiedliwiać tego, co było w Polsce. Policja przełamywała chłopskie blokady, nieraz strzelając. Były ofiary – mówi historyk, prof. Andrzej Garlicki. Choć po zmianach ustrojowych w 1989 r. władze nazywają obecną Polskę bezpośrednią kontynuatorką Polski międzywojennej, nie zmienia to faktu, że Polska dzisiejsza jest zupełnie niepodobna do Polski sprzed 1 września 1939 r. Dowodzą tego dawne publikacje GUS, które pokazują, czym był istotnie tamten kraj. W 1931 r. spośród 32,1 mln ówczesnych mieszkańców ponad 10 mln za język ojczysty uznało inny język niż polski. Statystycznie jedną izbę zajmowały trzy osoby. Dla kogoś, kto na przełomie 1931 i 1932 r. nie skończył roku, prognozowana dalsza długość życia wynosiła 48,2 lat (dla mężczyzny) lub 51,4 (dla kobiety). Brakowało kanalizacji i elektryczności, w wielu częściach kraju, szczególnie na wschodzie, powszechny był analfabetyzm. Opieka lekarska była luksusem.

Czego powinna się wstydzić Polska międzywojenna?

W II RP zarówno prawica, jak i sanacja uznały model demokratyczny za nieskuteczny i odrzuciły go

Rozmawia Paweł Dybicz

Panie profesorze, dlaczego w świadomości społecznej II Rzeczpospolita jest słabo osadzona, a jeżeli już coś się o niej wie, uznaje się ją za państwo normalne?
– Zasób wiadomości o Polsce międzywojennej w porównaniu z innymi okresami nie wyróżnia się ani na plus, ani na minus. Jest ona mniej więcej tak samo znana jak inne epoki. A raczej mało znana. Tak samo sprowadza się do ogólnych haseł jak nasza świadomość wieku XVII, XVIII czy XIX. Może trochę więcej wiemy o historii najnowszej, ale świadomość historyczna jest wśród Polaków raczej marna.
Ale żyją jeszcze przecież dziadkowie, pradziadkowie, którzy pamiętają międzywojnie.
– Stan wiedzy o przeszłości jest pochodną nie tylko tego, że młodzież nie jest taką grupą społeczną, która koniecznie by siedziała u stóp pradziadka i wysłuchiwała, co on ma do powiedzenia na temat przeszłości. Dodajmy, że współczesne elity kulturalne nie mogą się równać z tymi z okresu 20-lecia międzywojennego. Tamta elita miała niewątpliwie większą świadomość historyczną niż obecna. Był pewien kod kulturowy, do którego należała znajomość chociażby dzieł trzech wieszczów. Dzisiaj generalnie inteligencja powiedziałaby może coś z „Pana Tadeusza” i to wszystko. Kto czyta dzisiaj Słowackiego? A taki Piłsudski cały był nim przesiąknięty, myślał nim. Kto dzisiaj myśli wieszczami? Nikt. Niektórzy marni publicyści usiłują udawać, że myślą Norwidem czy Herbertem.
Albo Miłoszem.
– Ale to jest udawane i nieprawdziwe. W przeciwieństwie do pokolenia II RP następne generacje zatracały kod kulturowy, w tym kod historyczny.

WZÓR DEMOKRACJI?

Podobnie jak ostrość widzenia II RP?
– Z prostej przyczyny: II RP była dla Polaków powojennych pewnym wzorcem, postrzegano ją jako państwo, które odzyskało niepodległość w mniejszym lub większym stopniu dzięki własnej aktywności i oczywiście dzięki splotowi korzystnych warunków zewnętrznych. To państwo istniało 20 lat, zostało najechane i rozebrane przez sąsiadów. I wszystko, co potem się wydarzyło, było konsekwencją tego rozbioru. Polska Ludowa nie była państwem w pełni suwerennym. Polakom powojennym, oczywiście tu generalizuję, okres 20-lecia jawił się jako demokracja idealna. To miało dużą siłę ideologiczną i w jakimś sensie było potrzebne temu narodowi. Kiedy odzyskiwaliśmy niepodległość w 1989 r., do czego mieliśmy nawiązywać? Do Rzeczypospolitej szlacheckiej? Jeżeli do II RP, to następował naturalny proces jej idealizacji, bo nie można się odwoływać do tego, co ma tyle brudu na sobie.
Uznawanie II RP za wzór demokracji to chyba duża przesada.
– Owszem. II RP była państwem krótkotrwałej demokracji. Trzeba sobie jasno powiedzieć, ten demokratyczny eksperyment nie powiódł się, bo ile czasu trwała wtedy demokracja?
Zależy, jak liczyć, ale góra siedem lat.
– Licząc najoptymistyczniej, czyli lata 1919-1926, przy czym po drodze, w 1922 r., zamordowany został prezydent Rzeczypospolitej. Zawsze można powiedzieć, że to był czyn szaleńca, ale szaleńca, który był prowadzony do tego przez nagonkę prasy endeckiej.
Mniejszość wybrała nam prezydenta – głoszono po wyborze Gabriela Narutowicza.
– Zawada, zapora – takich słów używano. Takie były tytuły w prasie endeckiej. Od 1926 r. następuje koniec demokracji, a w wyniku krwawego przewrotu zginęło 379 żołnierzy i cywilów, a rannych było 920 osób. Po II wojnie światowej nie mieliśmy w Polsce – poza walkami ze zbrojnym podziemiem, ale to jest coś innego – takich wydarzeń, z Grudniem ‘70 włącznie, gdzie w walkach zginęło prawie 400 osób. Przewrót majowy złamał kręgosłup demokracji, ponieważ przekreślił jej podstawowy element, a mianowicie, że społeczeństwo może zmienić władzę. Społeczeństwo mogło obalić rząd, ale nie władzę. W dodatku proces odchodzenia od demokracji postępował w kolejnych latach. Takimi wyraźnymi sygnałami były Brześć, aresztowanie czołówki posłów opozycyjnych, potem Bereza Kartuska, a po drodze strajki chłopskie i robotnicze. Później to, co się działo na uczelniach, ONR-owcy itd. Wreszcie konstytucja z 1935 r., która wyeliminowała całkowicie pozory demokracji, gdyż eliminowała partie polityczne w wyborach.
My, Polacy, przeszliśmy nad zamachem majowym do porządku dziennego, ale trzeba sobie powiedzieć, że w praworządnym, normalnym państwie jego sprawcy stanęliby przed sądem.
– Gdyby przegrali…
A może stanęliby też przed plutonem egzekucyjnym?
– Postawienie Piłsudskiego przed nim nie było możliwe ani chyba wyobrażalne.
Czy to lekkie podejście do zamachu majowego nie ma pierwotnej przyczyny w pobłażaniu inicjatorom i realizatorom zamachu Januszajtisa?
– Ten operetkowy zamach stanu spotkał się z taką jedynie karą, że Piłsudski jego wykonawców zwymyślał, nawet nie wytoczono im procesu. To wynikało z zamysłu Piłsudskiego, który za wszelką cenę szukał porozumienia z prawicą. Nie chciał być prezentowany jako przedstawiciel lewicy.

ZŁAMANY SYSTEM

Czego II RP powinna się wstydzić?
– Wolałbym mówić, z czego może być dumna, ale jeżeli już muszę powiedzieć, czego powinna się wstydzić, to tego, że część elit politycznych uznała model demokratyczny za nieskuteczny i go odrzuciła. Bo i obóz prawicy, łącznie z tym, co się działo w latach 30., z tym bandytyzmem ONR-owców, i obóz piłsudczykowski odrzucały model demokracji. Siły, które stały na gruncie modelu demokratycznego, czyli socjaliści i ludowcy, były za słabe, nie były w stanie obronić tego systemu.
Złamanie systemu demokratycznego spowodowało, że zwykły obywatel stawał się coraz bardziej bezbronny wobec państwa. Gdy np. bito go na policji, w więzieniu, stosowano wobec niego jakieś niecne metody, miał już coraz bardziej ograniczoną możliwość skargi, obrony. System demokratyczny to nie tylko możliwość zmiany władzy, to również system, który umożliwia obronę i ochronę obywatela.
Polityka narodowościowa realizowana przez władzę nosiła znamiona podsycania konfliktów narodowościowych.
– Owszem, nosiła jej znamiona. Nie uważam tej polityki za dobrą. Przyczyn było wiele, ot, chociażby to, że za słabo wspierano te elementy w koncepcjach narodowościowych polityki obozu rządzącego, które mogły przynieść jakieś efekty łagodzenia owych konfliktów. Trzeba pamiętać, jeśli chodzi o problem ukraiński, że nawarstwione były w nim wzajemne nienawiści, niechęci i wrogości. I to nie tylko od dziesięcioleci. Ukraińcy chcieli tworzyć własne państwo z terenów zamieszkanych przez ludność ukraińską. Co prawda, mieli trochę szersze aspiracje, bo chcieli je tworzyć aż po San, ale każda społeczność chce więcej, niż może dostać. Polacy powiadali: twórzcie sobie państwo ukraińskie ze stolicą w Kijowie, ale Lwów to nasze miasto, a Galicja to jest Polska. Dodajmy do tego, że narodowy ruch ukraiński na terenach Galicji był bardzo silny.
Polityka zbiorowego karania Ukraińców, włącznie z paleniem kościołów, nie przynosi II RP chluby.
– Oczywiście, że nie. Konflikt polsko-ukraiński zaogniał się niemal z każdym rokiem. Piłsudski starał się go rozładować, wygasić, miał ideę stworzenia niepodległej Ukrainy, która byłaby silnie związana z Polską, ponieważ bałaby się Rosji, nieważne, czerwonej czy białej, ale Rosji. I to była geneza wyprawy 1920 r. i wojny, której celem było stworzenie wolnej Ukrainy. Ale to się nie powiodło. Skoro z utworzenia niepodległej Ukrainy nic nie wyszło, Piłsudski uznał, że trzeba bronić status quo. Marszałek nie chciał dopuścić do sterowania owym konfliktem z Moskwy i to w jakimś sensie paraliżowało politykę wobec Ukraińców. Trzeba pamiętać, że mieli oni też swoje organizacje terrorystyczne. Oczywiście nie miały one takiego oblicza jak dzisiaj, zresztą Piłsudski i jego współpracownicy też byli kiedyś terrorystami. Ukraińscy ekstremiści dokonali jednak zamachu na ministra spraw wewnętrznych Pierackiego, zabili go w samym centrum Warszawy. Póki żył Piłsudski, hamowano antyukraińskie wystąpienia. I dlatego w trakcie procesu brzeskiego, kiedy postanowiono spacyfikować z pomocą wojska tereny wschodniej Galicji, tam nikt nie zginął.
Ale owe pacyfikacje miały bardzo brutalny przebieg.
– Niszczono zbiory, mieszano ziarno z ziemią, sól z cukrem, dokonywano barbarzyńskich rewizji, zrywając np. słomiane strzechy, jednak przy tej dosyć masowej akcji nikt nie zginął. Bo była wyraźna instrukcja, że mordować nie wolno. Zastraszyć, upokorzyć – tak, ale nie wolno zabijać.

HANIEBNY PROCES

Wspomniał pan o procesie brzeskim. Był on niewątpliwie haniebny pod względem prawnym, ustrojowym, ale także upokarzano oskarżonych.
– Owszem, pobito w trakcie transportu do Brześcia kilka osób, ale potem, już w samej twierdzy brzeskiej, nie. To było oczywiście łamanie wszelkich zasad demokratycznych, niemniej jednak odbył się normalny publiczny proces, oskarżeni – w przeciwieństwie do tego, co działo się w procesach moskiewskich – nie przyznawali się do winy. Wyroki były, jeśli chodzi o zagrożenie kodeksowe, bardzo niskie. Ci, którzy nie chcieli poddać się karze, mogli wyemigrować. I niektórzy z tego skorzystali.
II RP żyła w otoczeniu dwóch państw, z których jedno od początku, myślę tu o Rosji Radzieckiej, łamało wszelkie zasady demokratyczne, masowo mordując swoich obywateli. Z drugiej strony były Niemcy, o których nie muszę mówić, czym były od lat 30. Jeśli porównać to, co się działo u naszych sąsiadów, z tym, co było w Polsce, można dojść do wniosku, że u nas był raj na ziemi, mimo że policja strzelała do strajkujących chłopów. Z tego trzeba zdawać sobie sprawę, co w żadnym stopniu nie umniejsza niepraworządności, łamania podstawowych kanonów demokracji. Trzeba pamiętać o naszym sąsiedztwie, ale ono nie może usprawiedliwiać tego, co było w Polsce. Nie można powiedzieć: taka była moda w Europie.
Stosować filozofii: a u was biją Murzynów.
– Właśnie. Mówić: taka była moda, zwyczaje, etapy rozwoju państw. Nie taka była moda, bo były kraje, które nie dały się zwariować, choćby Czechosłowacja, która miała problem słowacki, już o Francji czy Wielkiej Brytanii nie mówiąc.
Panie profesorze, współcześni Polacy niewiele wiedzą na temat struktury społecznej II RP, sytuacji na wsi, ogromnego przeludnienia. Ja tłumaczę to sobie tym, że ludzie mający nawet wiejski rodowód wstydzą się chłopskiego pochodzenia, nie interesują się tym, jak żyli ich przodkowie.
– Pewnie ma pan rację, ale działa tu też inny czynnik. Po pierwsze, działa pamięć silniejszych prześladowań, pogorszenia sytuacji na wsi podczas wojny i po wojnie, kiedy w czasach stalinowskich zaczęto tworzyć spółdzielnie produkcyjne, kiedy były aresztowania, dostawy obowiązkowe, których chłopi nie mogli wykonać, bo były nawet wyższe niż niemieckie. Tak więc pamięć tego, co było przed wojną na niektórych terenach, przynajmniej tam, gdzie te konflikty były słabsze, została zatarta poprzez te traumatyczne doświadczenia okupacyjne i powojenne. Tym bardziej że sytuacja na wsi znacznie się pogorszyła.
W II RP było ogromne przeludnienie wsi. Małopolska, Lubelszczyzna, Sandomierszczyzna. Na terenach tworzonego Centralnego Okręgu Przemysłowego znacznie rozładowano nadprodukcję sił ludzkich na wsi, ponieważ tam byli potrzebni robotnicy do budowy, którą realizowano głównie za pomocą taczek i kilofów. Po drugie, niezależnie od tego, co mówilibyśmy o reformie rolnej, która była hamowana przez obszarników i została uchwalona dopiero w 1925 r., znacznie polepszała ona sytuację na wsi.
Do tego była emigracja.
– Zarówno ta do Ameryki, jak i sezonowa do Niemiec.
Co nie ograniczało licznych strajków chłopskich, niektórych krwawo stłumionych.
– Chłopi buntowali się przeciwko polityce rolnej państwa, blokowali dostawy do miasta. Policja te blokady przełamywała, nieraz strzelając, nie brakowało ofiar. To były wstrząsające sceny. Strajki robotnicze były normalną rzeczą, strajkowano jeszcze wcześniej, przed II RP. Do strajkujących robotników policja też strzelała, ale o wiele rzadziej niż do chłopów.
II Rzeczpospolita nie poradziła sobie z analfabetyzmem.
– Owszem, ale analfabetami byli głównie ci, którzy byli nimi u progu Niepodległej. Polska międzywojenna, wprowadzając obowiązek szkolny dzieci (w zaborze rosyjskim go nie było), spowodowała, że analfabetyzm się nie powiększał. Następowało co prawda zjawisko wtórnego analfabetyzmu, ale to za sprawą braku kontaktu z prasą, która była za droga nie tylko dla chłopów.
Skoro mówimy o dokonaniach II RP, trzeba zapytać, dlaczego się zapomina, a raczej nie mówi, że podstawowe prawa socjalne zawdzięczamy socjalistom, którzy wprowadzili je u progu II RP?
– Jak na owe czasy były bardzo postępowe. Najważniejsze to: ośmiogodzinny dzień pracy, równouprawnienie kobiet, zakaz zatrudniania dzieci, wprowadzenie systemu ubezpieczeń zdrowotnych, tzw. kas chorych. Oby dziś funkcjonowały one tak jak w II RP.
Nie udało się jednak zlikwidować obszarów strukturalnej biedy.
– Nie tylko biedy, ale i głodu. Przed wojną były całe regiony, np. Huculszczyzna, gdzie panował permanentny głód. W ogóle w II RP ludzi całkowicie wykluczonych społecznie, egzystujących poniżej minimum życiowego było znacznie więcej niż obecnie. Jednak to, że dziś biedy jest znacznie mniej, wcale nie oznacza, że za jakieś 50 i więcej lat dziennikarz z historykiem, rozmawiając o naszych czasach, nie będą jej zaliczać do mało chlubnych kart historii III RP. Ale jej ocenę, już nie mówiąc o IV RP, zostawmy następnym pokoleniom.


Prof. Andrzej Garlicki, historyk na Uniwersytecie Warszawskim, publicysta „Polityki”, autor licznych prac z zakresu historii najnowszej. Opublikował m.in. „U źródeł obozu belwederskiego”, „Przewrót majowy”, „Od maja do Brześcia”, „Od Brześcia do maja”, „Józef Piłsudski 1867-1935”, „Stalinizm”, „Bolesław Bierut”, „Piękne lata trzydzieste” oraz podręcznik „Historia 1815-2004. Polska i świat”.

 

 

 

Paweł Dybicz

Prenumerata na prezent

Odpowiedzi

Prof. Andrzej Garlicki kilka

Prof. Andrzej Garlicki kilka spraw jedynie zasygnalizował, wielu nie dopowiedział, a o najważniejszych w ogóle jakby zapomniał. Trochę mnie to zirytowało, ale najbardziej zirytowało podtrzymanie przez niego mitu o odzyskaniu w 1989 r. niepodległości, czyli tworzenie kolejnej białej plamy w Naszej Historii. Otóż Polska w 1989 r.żadnej niepodległości uzyskiwać nie musiała i nie odzyskała, bo Polska była krajem NIEPODLEGŁYM, aczkolwiek o ograniczonej suwerenności i to ograniczonej w zasadzie tylko do spraw sojuszy militarnych. Owszem, gospodarczo była bardzo uzależniona od ZSRR, ale z drugiej strony, gdy uzależnienie to po roku 1989 się skończyło, to tysiące polskich zakładów pracy zbankrutowało z traku taniego surowca, który do tej pory szerokim strumieniem płynął z ZSRR. Kraj, któremu brak niepodległości, to kraj okupowany, a ja w związku z tym mam pytanie do prof. Garlickiego, kto w latach 1944 – 1989 r. był okupantem i w czym się ta okupacja przejawiała? Czy w tym, że tysiące Polaków, w tym politycy, naukowcy, artyści i aktorzy, studenci, czy inni zwykli obywatele, wyjeżdżali do krajów całego świata (i dobrowolnie wracali)? A może w tym, że polskie filmy, spektakle teatralne, książki, plakaty, czy inne różne artystyczne projekty na całym świecie przedstawiano bez żadnego problemu czy ingerencji? A może po ulicach krążyły patrole wojsk okupacyjnych, a po polsku uczono się jedynie na tajnych kompletach? Nic z tych rzeczy. Żyłem w tamtych czasach od urodzenia i dobrze wiem, że mieszkałam w wolnej Polsce, uczyłem się w polskiej szkole i polskiej uczelni i pracowałem w polskim przedsiębiorstwie. A teraz polskich przedsiębiorstw jest na lekarstwo, bo wszystko praktyczne znajduje się w obcych rekach i pod obcym zarządem. Pisząc nieprawdę o naszej najnowszej historii, do nieprawdy o II RP lansowanej przez dzisiejszą prawicę, dokładamy nowe białe plamy, mimo, że żyją jeszcze ci, którzy doświadczyli tego wszystkiego osobiście. mgr Janusz Bartkiewicz - Wałbrzych

Stanę jednak w obronie prof.

Stanę jednak w obronie prof. Garlickiego. To w jego książce „Piękne lata trzydzieste” przeczytałem wreszcie o wyczynach Piłsudskiego i sanacji. Przy obecnym kociokwiku na temat brygadiera nie mam zamiaru krytykować Profesora za oględne słowa. Niemniej odniosę się do różnych ocen Piłsudskiego w zakresie jego roli w odzyskaniu niepodległości, że niby bez niego… itd. Ano bez niego nic by się nie zmieniło, bo tak ukształtowała się sytuacja międzynarodowa – na wschodzie i zachodzie. A niepodległość Rada Regencyjna to ogłosiła już 7.10.18r. A 11 listopada to mu Rada żadnej władzy nie przekazała a tylko czasowe (!) dowództwo nad wojskiem. Święto 11 listopada to mu ustanowili jego dopieszczeni faworyci (na których chłopi wykrzykiwali „faszyści”) dopiero w 1937r. Gdyby chodziło o „Naczelnika Państwa”, to jako minister spraw wojskowych w rządzie Daszyńskiego, własnym dekretem sam się mianował. Cudu nad Wisłą, już wiemy nie było, ale i zwycięstwo nie było dziełem Piłsudskiego. To on przyprowadził sowietów pod Warszawę i ze strachu przed odpowiedzialnością podał się Witosowi do dymisji. Witos tego nie rozgłaszając dymisji nie przyjął, ale powiedział, że co by kto i kiedy nie powiedział, to gen Rozwadowskiemu i jego niesamowitym przymiotom możemy zawdzięczać zwycięstwo. Że to on faktycznie dowodził pod Warszawą. Są na to i inne dokumenty. Zresztą jak to się dzieje, że w przeddzień bitwy główny dowódca opuszcza wojsko, by jadąc kilkaset kilometrów za Nowy Sącz, utulić się w ramionach kochanki. Dowódca, autor victorii?!!! Militarnie natomiast decydującą rolę pod Warszawą odegrała, wzmocniona rozkazami Rozwadowskiego, 5 Armia Sikorskiego, która odparła trzy armie sowieckie (trzy z czterech) i przeszła do ataku. O to wzmocnienie kosztem 4-tej miał pretensje Piłsudski, jak się okazało bzdurne. A to niby kluczowe uderzenie znad Wieprza. Dokonane wskutek przynagleń (!!!) Rozwadowskiego (na skutek przynagleń wyszło nie 17 lecz 16 sierpnia), ale armie sowieckie były już w odwrocie - mające na celu nie obronę Warszawy, lecz zniszczenie sił nieprzyjaciela, to w pierwszym dniu napotkało tylko powietrze. No ale Piłsudski wyrzuci potem Sikorskiego z wojska a Rozwadowskiego uwięzi i otruje. A dlaczego to sowieci znaleźli się pod Warszawą. Zachód proponował Polsce na wschodzie tzw. linię Curzona – czyli też na Bugu. Resztę terytorium miały rozstrzygnąć plebiscyty. Czy prawo do samostanowienia, wolności itp. wyciąga się z szuflady tylko w razie potrzeby. A dlaczego to Piłsudski nie skorzystał w jesieni 1919r. z propozycji Marchlewskiego niezwłocznego pokoju z Sowietami na linii zbliżonej do osiągniętej przez jego wojska. Albo 28.01.20r.na naleganie sowietów do układów i zapewnienie, że „Armie Czerwone nie przekroczą linii frontu przebiegającej od Baru na południu przez Borysów i Połock do Dryssy; i oświadczyły, że nie ma zagadnienia gospodarczego, terytorialnego, czy innego, którego by się nie dało rozwiązać poprzez układy” (Kukiel). Zadufany w swoją siłę zarozumiały pyszałek propozycji nie przyjął. A najdzielniej biją króle, a najgęściej giną chłopy. A działania wojenne doprowadziły Polskę, głównie wieś do ruiny. I tylko dlatego sowieci , razem z ostatnim głównodowodzącym carskiej armii, znaleźli się pod Warszawą. A dlaczego to Litwini od 1920r. do dziś nie lubią Polaków. Ano bo Piłsudski chcąc „urodzić się” w Polsce, kazał (sic!) Żeligowskiemu zagarnąć od zawsze litewskie Wilno. Powie ktoś, że Piłsudski dążył do Wielkiej federacyjnej Polski . Używając słownictwa ks. Józefa ze Starego Sącza powiem: gówno prawda i dodam, do kwadratu. Austriacy przyrzekli niepodległość i Polsce i Ukrainie. Gdy Piłsudski formował w Krakowie Legiony, we Lwowie formowały się podobne jednostki ukraińskie. Na terenie Wschodniej Galicji zdecydowanie przeważali Ukraińcy. Włączenie Ukrainy do Polski mogłoby nie doprowadzić do tragedii gdyby narody traktowano jednakowo. Ale, "Ukraińcy w państwie austro-węgierskim mieli duże prawa (własna inteligencja, kadra urzędnicza), a w państwie polskim mniejsze niż Arabowie we francuskiej Algierii". Do tego pacyfikacje, zabijanie (w tym wieszatiel – Kostek Biernacki) nie sprzyjających Piłsudskiemu chłopów, masowe odbieranie prawosławnym kościołów, niszczenie mienia, gwałty policji i wojska na kobietach itd.itd.. LACHY PANY. To na sanacji spoczywa (sic!) odpowiedzialność wywołania nastrojów do rzezi wołyńskiej (zależy jak liczyć 60 czy 200 tys.), dokonanej w sposób nie spotykany u hitlerowców. Dlaczego o tej rzezi, wielokrotnie większej i okropniejszej niż Katyń, nic się nie mówi. Bo znany jest ten co te okropieństwa wywołał. A czy ktoś zna opisy sytuacji jeńców sowieckich na stacjach przeładunkowych i w obozach. Rózgi z drutu kolczastego, głodujący, bez odzieży, ogrzewania , okien, łóżek i sienników. Zdrowi z zakaźnie chorymi, spali w błocie i własnym kale. Opisy tego są przerażające. Faktycznie dużo jeńców nie zastrzelono – kilkuset. Zmarło w niesamowitych, nieludzkich warunkach (obozy koncentr. Hitlera to hotele)około 20 tysięcy jeńców. Nikt uczciwy nie zaprzeczy, że mogło to wywołać podjęcie przez Stalina decyzji o cmentarzu w Rosji w pobliżu pewnego lotniska. Na koniec jeszcze jedna uwaga. Wystawienie (przy udziale Janka Kosa i Wajdy) w publicznej(!?!) TVP spektaklu, haniebnego paszkwilu o Witosie „Bigda idzie”, jest zwykłym nieprzyzwoitym politycznym chamstwem. Brak w ogóle słów na określenie tego. Przy okazji okazuje się, że PSL sprzedał Witosa, na którego się powołuje, za garść srebrników. No może nie garść. Ogólnie jednak: niepiękne były lata nie tylko trzydzieste jak i ich skutki.

Pan magister zapewne dużo

Pan magister zapewne dużo pamięta i wie, ale życzliwie zapomina o tym, co jego teorię psuje. "Otóż Polska w 1989 r.żadnej niepodległości uzyskiwać nie musiała i nie odzyskała, bo Polska była krajem NIEPODLEGŁYM, aczkolwiek o ograniczonej suwerenności i to ograniczonej w zasadzie tylko do spraw sojuszy militarnych. " "W zasadzie"? Obce wojska, po zamordowaniu sporej części elity i celowej pasywności podczas powstania warszawskiego (swoją drogą, PW to była głupota, ale to temat na inną rozmowę) weszły i zostały tutaj na 50 lat, utrwalając jeszcze kontrolę radziecką za pomocą rozwiniętego aparatu przemocy. A potem, wszystkie ważniejsze działania były podejmowane za zgodą Moskwy. W 1956, 1970 i 1981 argument siłowy był jednoznacznie prezentowany przez ZSRR. "Owszem, gospodarczo była bardzo uzależniona od ZSRR, ale z drugiej strony, gdy uzależnienie to po roku 1989 się skończyło, to tysiące polskich zakładów pracy zbankrutowało z traku taniego surowca, który do tej pory szerokim strumieniem płynął z ZSRR." Płynął z ZSRR do PRL???? Chyba raczej odwrotnie! "Kraj, któremu brak niepodległości, to kraj okupowany, a ja w związku z tym mam pytanie do prof. Garlickiego, kto w latach 1944 – 1989 r. był okupantem i w czym się ta okupacja przejawiała? " Czy Słowacja w czasach II wojny światowej była okupowana przez Hitlera? Przecież też mieli niepodległość? A, że Wehrmacht i SS robiły tam co chciały to taki mały szczegół... Nie trzeba okupacji by mówić o braku niepodległości. PRL, ufundowany na zbrodniach i spacyfikowany wojskowo nie był w pełni niepodległy. "Czy w tym, że tysiące Polaków, w tym politycy, naukowcy, artyści i aktorzy, studenci, czy inni zwykli obywatele, wyjeżdżali do krajów całego świata (i dobrowolnie wracali)? A może w tym, że polskie filmy, spektakle teatralne, książki, plakaty, czy inne różne artystyczne projekty na całym świecie przedstawiano bez żadnego problemu czy ingerencji?" Proszę, niech pan wyjdzie na świeże powietrze, bo chyba coś z głową zaczyna być nie tak. Takiego steku bzdur nie słyszałem, jak żyję (a żyję długo i komunę też pamiętam). Proszę poczytać, pogadać z twórcami i z emigrantami, jak to było z wolnością twórczą i możliwościami wyjazdu i powrotu do kraju. Bo to, co pan pisze to albo skrajny imbecylizm albo ideologiczne zaczadzenie. "A może po ulicach krążyły patrole wojsk okupacyjnych, a po polsku uczono się jedynie na tajnych kompletach? Nic z tych rzeczy. Żyłem w tamtych czasach od urodzenia i dobrze wiem, że mieszkałam w wolnej Polsce, uczyłem się w polskiej szkole i polskiej uczelni i pracowałem w polskim przedsiębiorstwie. " Jak wyżej. Na Słowacji za ks. Tiso też pewnie była wolność i swoboda. Oczywiście, że były to polskie uczelnie i przedsiębiorstwa. Ale jak już powiedziałem wyżej, brak pełnej niepodległości to nie jest jeszcze okupacja. "A teraz polskich przedsiębiorstw jest na lekarstwo, bo wszystko praktyczne znajduje się w obcych rekach i pod obcym zarządem." A co to są "obce" ręce? Na świecie, tak się składa, że ludziom nie przeszkadza to, że z obcego kraju pochodzi firma, w której pracują. Owszem, trzeba wspierać polską przedsiębiorczość i zatrzymać drenaż polskich specjalistów, ale to, że jakieś firmy są w obcych rękach nie ma znaczenia. Zresztą, nie wszystko jest w obcych rękach, bo są jeszcze sektory publiczne. "Pisząc nieprawdę o naszej najnowszej historii, do nieprawdy o II RP lansowanej przez dzisiejszą prawicę, dokładamy nowe białe plamy, mimo, że żyją jeszcze ci, którzy doświadczyli tego wszystkiego osobiście." Wobec jednych prawicowych bzdur stosuje pan inne bzdury? Winszuję. dr Hubert Antoniak

Odpowiedz