Towarzyska panienka u Fidela

Kiedy ma się 20 lat, naturalną potrzebą człowieka jest polaryzacja – bezkompromisowe oddzielanie czerni od bieli przy całkowitym braku tolerancji dla tego, co szare, pośrodku. A ja musiałam nauczyć się rozróżniać kolory, dostrzegając niuanse w ich odcieniach. Trudna sztuka, lecz dająca umiejętność wrażliwego spojrzenia na człowieka – pisze Monika Jaruzelska. Opowiada także o spotkaniu z Fidelem Castro: – Fidel był bardzo męski, inteligentny i zachowywał się na luzie. Wyczuwało się w nim człowieka wykształconego, światowca z odpowiednią ogładą. Miał charyzmę, także w prywatnych kontaktach. Czuło się w nim macho z krwi i kości. Zrozumiałam, dlaczego porwał za sobą tysiące i dlaczego tak długo potrafił utrzymywać wiarygodność. Fragmenty książki Moniki Jaruzelskiej „Towarzyszka Panienka”.

Miał charyzmę, także w prywatnych kontaktach. Czuło się w nim macho z krwi i kości

Dlaczego?

Kiedy ma się 20 lat, naturalną potrzebą człowieka jest polaryzacja – bezkompromisowe oddzielanie czerni od bieli przy całkowitym braku tolerancji dla tego, co szare, pośrodku. A ja musiałam nauczyć się rozróżniać kolory, dostrzegając niuanse w ich odcieniach. Zasymilować ambiwalencje, by móc żyć w dwóch wrogich obozach jednocześnie. Trudna sztuka, lecz dająca umiejętność wrażliwego spojrzenia na człowieka.
Im jestem starsza, tym częściej dochodzę do wniosku, że podziały polityczne niepotrzebnie niszczą relacje międzyludzkie, nie przynosząc nikomu żadnej korzyści. Jakże jałowo wyglądają z perspektywy choroby i śmierci. Może nadejść taki czas, że dwie strony znajdą się łóżko w łóżko na tym samym oddziale onkologicznym, gdzie najważniejsze okażą się problemy z fizjologią. Tam nie ma znaczenia, z jakim transparentem szło się przez życie. (…)
Zawsze byłam przez kogoś oceniana. A sama uważam, że nie mam prawa oceniać. Mam potrzebę stawiać pytania. I dać możliwość udzielenia odpowiedzi. Myślę, że taka zdolność jest w ogóle kluczem do zrozumienia ludzi, polityki i świata.
Dlaczego – to najważniejsze z pytań.

Lato z Fidelem

Kuba od samego początku robiła na mnie niesamowite wrażenie. Tu czas zatrzymał się w latach 50. XX w. Domy w Hawanie zachowały hiszpański styl okresu kolonialnego, tyle że były w okropnym stanie. Pomiędzy nimi dojrzeć można było jeszcze piękne, choć równie zaniedbane wille i hotele budowane dla Amerykanów przed wielkim kryzysem końca lat 20. Wiele budynków w pastelowych kolorach i dosyć dziwnie na ich zabytkowych balkonach wyglądające sznury z praniem. W dole na ulicy rozkrzyczane dzieci biegające pod brudnymi murami. A na jezdni stare amerykańskie samochody, tak zwane oldt-
imery. Z pewnością pamiętające czasy Elvisa Presleya i Franka Sinatry, tworzyły atmosferę prawie że filmową. Owszem, na każdym kroku dobrze widoczna bieda, ale ta bieda najwyraźniej nie była nieszczęśliwa. Ci wszyscy ludzie – siedzący przed domami na krzesełkach, spacerujący ulicami i jeżdżący amerykańskimi gruchotami bynajmniej nie byli smutni. Ten sensualizm, w dużej mierze przepojony erotyzmem, najlepiej można wyczuć w kubańskiej muzyce.
Fidela Castro po raz pierwszy zobaczyłam na oficjalnym przyjęciu w Hawanie. Włożyłam sukienkę Diora, z młodości mojej mamy, dopasowaną w talii i uszytą z taftowych czarnych wstążek. I tak wystrojona, w odpowiednim makijażu, szpilkach na nogach i brylantach w uszach, podeszłam do niego, żeby się przywitać. A on objął mnie po męsku i zaczął poklepywać po plecach niczym rewolucyjnego towarzysza.
Po części oficjalnej mieliśmy udać się na jego daczę, czyli do letniego domu, choć trudno w przypadku gorącej Kuby mówić o letnich domach… Dacza znajdowała się na wyspie z koralowca. W pewnym momencie przelatywaliśmy nad bagnami, pilot zniżył maszynę i zobaczyłam hektary bagien z hodowlą krokodyli. Śmialiśmy się, że byłoby nieprzyjemnie tam wpaść, ale higienicznie…
Kiedy wylądowaliśmy na wyspie, miałam wrażenie, że znalazłam się w miejscu znanym z filmów o agencie Bondzie. W skały wbudowano bungalow o bardzo nowoczesnej, acz surowej architekturze. To jedno z piękniejszych miejsc, jakie w życiu widziałam. Tu nie czuło się przepychu. Tu połączono surowość, czyli naturalną szarość kamienia, z elementami latynoskich kolorów. Z jednej strony skały, z drugiej malutka plaża tworzyły bajeczną zatoczkę z piaskiem o konsystencji i barwie cukru pudru. A wokół otaczała nas woda morska w nieprawdopodobnym kolorze akwamaryny wpadającej miejscami w ciemny szafir.
Tam z mamą mogłyśmy się poopalać. A wszystkie posiłki jedliśmy z Fidelem na luksusowej łodzi. Wieczorem z Fidelem karmiliśmy delfiny, które przypływały do zatoczki, i oczywiście rozmawialiśmy. On świetnie mówił po angielsku, ale wolał prowadzić rozmowy przez tłumacza, mówiąc po hiszpańsku, bo nie chciał używać języka swoich największych wrogów – Amerykanów.
Fidel był bardzo męski, inteligentny i zachowywał się na luzie. Wyczuwało się w nim człowieka wykształconego, światowca z odpowiednią ogładą. Jednocześnie emanowały z niego moc i męstwo, w których zakodowana była partyzancka przeszłość. Miał charyzmę, także w prywatnych kontaktach. Czuło się w nim macho z krwi i kości.
Jak to na wyspie, podczas kolacji poczęstowano nas rybą. A ja od czasu wizyty w jugosłowiańskim oceanarium ryb nie jadam. Grzebałam w talerzu, pamiętając o tym, co ojciec mówił: że niegrzecznie jest w stosunku do gospodarzy pokazywać, że coś nam nie smakuje. Próbowałam tę rybę pod rybę schować, robiąc przy tym dobrą minę do złej gry. A Fidel to zauważył. Był niewątpliwie bacznym obserwatorem, potrafił też wyczuwać drugiego człowieka, nie doszukując się w tym ujmy dla siebie. Siedząc naprzeciwko, zapytał, czy zjadłabym coś innego. Rzucił zdanie po hiszpańsku i od razu przyniesiono pieczone mięso, ryż i jarzyny.
Zadbał o mnie. I to nie tylko jako o córkę generała z bratniego kraju. Pewnie widział też w miarę atrakcyjną kobietę, a wiadomo, że do kobiet miał dużą skłonność. Ale jestem przekonana, że przede wszystkim dojrzał po prostu człowieka z jego naturalnymi potrzebami.
Kiedy widziałam Fidela Castro w mundurze, wiedziałam, że zasłużył sobie na to. Prawdziwy rewolucjonista z doświadczeniem bojowym, który potrafił przeciwstawić się największemu imperium świata. Europejczykom trudno zrozumieć to, że komunistyczny dyktator może cieszyć się taką sławą za oceanem. Ale Europejczycy nie czuli ciężaru hegemonii USA, które ingerowały we wszystko, co działo się na amerykańskich kontynentach. I nagle pojawił się człowiek z malutkiej wyspy, który powiedział: Patria o Muerte. Venceremos! Bardzo szybko stał się bohaterem ludu, najważniejszą ikoną antyamerykańskości, obok swego współtowarzysza rewolucji Che Guevary. (…)
Dlaczego przyjaźni się z Fidelem kolumbijski noblista Gabriel Garcia Mar-
quez? Bo zaimponował mu intelektem, charyzmą i niezależnością. Marquez był swego czasu w Polsce i Czechosłowacji. Wywiózł stąd złe wrażenia – narzuconego przez ZSRR reżimu, który nie miał nic wspólnego z socjalizmem. A Kuba rządziła się własnymi prawami. El Comandante zbudował własny, oddolny socjalizm. Oczywiście może to nam się nie podobać, bo uważamy Stany Zjednoczone za najstarszą demokrację. Choć w dzisiejszej Polsce, kiedy kapitalizm przestał już być upragnionym rajem na ziemi, coraz częściej słychać krytykę imperializmu amerykańskiego, i to nie tylko w lewicowych środowiskach.
Podczas osobistego kontaktu z Fidelem zrozumiałam, dlaczego potrafił porwać za sobą tysiące i dlaczego tak długo potrafił swoją wiarygodność utrzymywać. To nie jest manekin Kim Ir Sen, to nie jest groteskowo nadęty Kaddafi. Fidel to żywa legenda.

Bez maski

Uczestniczę w życiu politycznym na zasadzie aktywnego obserwatora. Programy informacyjne oglądam praktycznie non stop, jestem uzależniona od internetu i czytania prasy. Kupuję prawie wszystkie tygodniki opiniotwórcze, w tym te prawicowe, jak „Do Rzeczy” i „W Sieci” (od 11 marca 2013 r. „Sieci”). Są dla mnie fascynującą lekturą. Bo dają jakieś wyobrażenie innej perspektywy, której nie wolno lekceważyć. Oceniam je bardziej z psychologicznego punktu widzenia, na zasadzie – jak można te same fakty odmiennie interpretować.
Oglądam wydarzenia polityczne niczym wielkie, wspaniałe widowisko, dramat psychologiczny z niespodziewanymi zwrotami akcji, zmianą nastroju lub światopoglądu, również jako świetną szkołę konformizmu i sztuki kłamstwa ładnie nazywanej dyplomacją. Ponieważ w polityce fascynuje mnie przede wszystkim człowiek i jego transformacje: jak pycha zamienia się w upokorzenie, a skromność w megalomanię, w zależności od sytuacji. Bo polityka ludzi obnaża. W trudnych momentach z wielkich nagle stają się mali i na odwrót – co może być doskonałym materiałem dla psychologa.
Dwukrotnie sama otrzymałam propozycję startu w wyborach. Nie mówię zdecydowanie „nie”. Ale z pewnością nie teraz. Mam pracę, z której czerpię satysfakcję, i mam małe dziecko. Wiem, co przeżywają dzieci polityków, i zapewniam, że niewiele z nich jest dziećmi szczęśliwymi. A moje dziecko byłoby obciążone podwójnie – funkcją matki i historią dziadka. Wolę więc realizować się publicystycznie. Mam swój program – „Bez Maski” (dostępny w internecie pod adresem www.bezmaski.pl).
Pracowałam swego czasu w radiu. Najpierw czytałam swoje felietony w RMF-ie, potem miałam przez dwa lata autorski program w Chilli ZET. Gdy po zmianie kierownictwa podziękowano mi za współpracę, znany warszawski biznesmen Rafał Bauer, postać nietuzinkowa w świecie finansów, namówił mnie na projekt internetowego vloga. Na początku byłam sceptyczna. Wkrótce okazało się, że Rafał miał rację, bo robię coś, co stało się moją pasją. Soho Factory, jedno z najciekawszych miejsc na mapie stolicy, udostępniło swoje postindustrialne przestrzenie do realizacji projektu. Tak powstał mój program „Bez Maski”.
To „talk” bez „show”. Szczera rozmowa bez pośpiechu, konfrontacji i gwiazdorstwa. W programie ważne są empatia i umiejętność słuchania, ale najważniejszy jest gość. Osoba znana medialnie lub ekspert, z którym rozmawiamy o psychologii, antropologii kultury i o tym, co ostateczne, jak życie i śmierć. Bardzo interesuje mnie człowiek, który jest w trudnym momencie, na zakręcie lub gdy stał się bohaterem skandalu obyczajowego. W moim programie nie ściągam nikomu maski, daję rozmówcom możliwość, aby sami chcieli ją zdjąć. Moimi gośćmi byli między innymi Piotr Tymochowicz, profesor Wiesław Godzic, Monika Richardson, profesor Jerzy Bralczyk, Krzysztof Ibisz, Anna Grodzka, Magda i Bartek Prokopowicz.
Program idzie w internecie, który w przeciwieństwie do telewizji daje możliwość bycia sobą, a więc dużą przestrzeń wolności. Nie mam szefa, nikt mi nie mówi, kogo mam zaprosić, i nie słyszę w słuchawce, że trzeba kończyć. Od dyrektora Edwarda Miszczaka z TVN-u usłyszałam kiedyś, że do telewizji jestem zbyt kulturalna. Oczywiście oznacza to po prostu – nudna. A więc wolę nudnie realizować się w internecie. Przez popularność łatwo można stracić wiarygodność.

Tytuł, skróty i układ pochodzą od redakcji

Fragmenty książki Moniki Jaruzelskiej Towarzyszka Panienka, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2013

Prenumerata na prezent

Add new comment